Kanały:
Wpisy
Komentarze

dobra praca

(…) Aby poddać swoją obecną pracę testowi 10-10-10, proponuję zadać sobie cztery pytania, na które odpowiedzi powinny pomóc wam podejmować decyzje dotyczące dalszej kariery zawodowej.
1. Czy moja praca pozwala na obcowanie z ludźmi, którzy dzielą mój światopogląd i wrażliwość, czy też muszę się od współpracowników izolować lub udawać kogoś innego na potrzeby miejsca pracy?
Kluczowymi słowami są tutaj “światopogląd i wrażliwość”: wartości, sposób zachowania i cechy osobowości, które sprawiają, że czujesz, jakbyś był wśród swoich. Problem w tym, że żadna praca nie będzie dla nas odpowiednia, jeśli wymaga od nas obcowania z ludźmi, którzy nie podzielają naszych wartości. Większość życia spędzamy wszak w pracy, a to argument wart rozważenia przy teście 10-10-10.
2. Czy moja praca rozwija mnie intelektualnie, uczy mnie nowych umiejętności i nie pozwala mi osiąść na laurach?
Bez wątpienia miło mieć pracę, gdzie czujemy się najmądrzejsi ze wszystkich. Z czasem jednak może ona okazać się naturalną śmiercią naszej kariery. Zatem jeśli stoisz przed możliwością zmian i przykładasz do nich miarkę 10-10-10, nie pytaj po prostu: “czy mam odpowiednie kwalifikacje?”, ale: “czy zdobywanie nowych kwalifikacji da mi satysfakcję?”. (…).
3. Czy moja praca otwiera przede mną inne drzwi?
Choć to brzmi kontrowersyjnie, możesz być pewien, że masz odpowiednią pracę, jeśli daje ci ona możliwość zdobycia innej pracy. A to dlatego, że kariery z definicji nie są ślepymi zaułkami. Składają się z szans, które otwierają przed nami kolejne szanse.
4. Czy moja praca nadaje znaczenie mojemu życiu?
Za każdym razem, kiedy moje dzieci wracają ze szkoły do domu na ferie, zaczynamy wybieranie przedmiotów na następny semestr. Jakoś zawsze kończy się to wszystko rozmową pod hasłem: “co mam zrobić ze swoim życiem?”. I za każdym razem powtarzam im, że nikt jeszcze nie zrobił wspaniałej kariery, robiąc coś, czego nienawidzi.
Róbcie to, co sprawia wam przyjemność, a reszta sama przyjdzie. (…).

źródło i więcej czytania: wyborcza.pl >>

 

(…)
Przeprosin przywódców dwóch partii na przemian rządzących Australią w ostatnich kilkudziesięciu latach słuchało ze łzami w oczach około tysiąca starszych ludzi, którzy jako dzieci w latach 1930-70 przeszli przez piekło sierocińców i przytułków. Byli często siłą odbierani rodzicom z biednych czy patologicznych rodzin. To właśnie ich nazywa się dziś “zapomnianymi Australijczykami”, a to, co ich spotkało, określane jest mianem “jednego z najciemniejszych rozdziałów w historii kraju”.
W sali parlamentu siedzieli też ci, którzy do Australii zostali wywiezieni z Wielkiej Brytanii i Irlandii w ramach programu dziecięcej emigracji do zamorskich kolonii, trwającego od końca lat 20. do 1967 r. Miało to pomóc w poradzeniu sobie z socjalnymi problemami epoki kryzysu sprzed II wojny światowej i po niej.
Sierotom i dzieciom z biednych, patologicznych czy rozbitych rodzin na Wyspach obiecywano świetlaną przyszłość za oceanem. Te, które nie chciały jechać, były okłamywane, że ich rodzice właśnie zmarli. Ojcowie i matki mieli z kolei solenne zapewnienia rządowych organizacji, że ich pociechy trafią w dobre ręce.
66-letnia dziś Margaret Gallagher trafiła do Sydney w 1955 r. jako 12-letnia dziewczynka i była zmuszana do ciężkiej pracy w kilku sierocińcach prowadzonych przez zakonnice. John Hennessy, obecnie burmistrz leżącego na przedmieściach Sydney Campbelltown, przypłynął do Perth w 1947 r. Do dziś w uszach dźwięczy mu powitanie arcybiskupa miasta: – Witajcie w Australii, potrzebujemy was jako dobrej białej siły roboczej.
Hennessy trafił do otoczonego wyschniętym buszem Fremantle w Australii Zachodniej – do instytucji zwanej Bindoon, prowadzonej przez irlandzką Kongregację Braci w Chrystusie. Prowadził ją chory z ambicji zakonnik, który chciał stworzyć najlepszy katolicki sierociniec na ziemi. Zmuszał więc dzieci do pracy od świtu do zmierzchu. Niepokorni byli rozbierani do naga, molestowanie seksualne było na porządku dziennym, zdarzały się gwałty.
Dzieci z rozbitych australijskich rodzin nie miały lepiej. Premier Ruud odczytał świadectwo Gary’ego, który w wieku sześciu lat chciał się powiesić w sierocińcu, bo rozdzielono go od rodzeństwa. Bliźniaczki Robyn i Judy, zostawione przez matkę, trafiły w wieku pięciu lat do jednej z kościelnych instytucji, gdzie bito je sprzączką od paska i bambusowymi kijkami.
Sandra Anker, która została wywieziona w 1950 r. do Australii z Wielkiej Brytanii w wieku sześciu lat, chciałaby teraz usłyszeć “przepraszam” od władz w Londynie. – Przez wiele lat miałam nadzieję, że ktoś zrozumie, iż popełniono błąd, i wrócę do domu – mówiła ze łzami w oczach w wywiadzie dla BBC. – Zostaliśmy deportowani, pozbawieni praw obywatelskich, cierpieliśmy… Rząd angielski powinien za to przeprosić i pomóc nam wrócić.

Już w niedzielę doradcy premiera Gordona Browna zapewniali, że i on przeprosi za program emigracji dzieci, tyle że na początku przyszłego roku. 

I to ostatnie zdanie wydaje mi się kolejnym piekielnym wynalazkiem w tej sprawie. I jeszcze chciałabym więcej wiedzieć o tym, co w tym samym czasie cierpiały dzieci w innych krajach, w innych sierocińcach, w inny sposób (teraz przychodzi mi tylko na myśl Ruben Gallego, ale było tych opisów więcej), w czasie wojny i pokoju, i czy to nie jest prawdopodobne, że sprawcy tych cierpień nie zauważali własnego cierpienia i może nie wiedzieli, co to jest? Gdyby wiedzieli, to wszystko byłoby niemożliwe…

Przeproszę na początku przyszłego roku, powiedział premier Gordon Brown.

źródło i więcej czytania: wyborcza.pl >>

Ludzie z natury odporni na stres mają większe szanse na przeżycie katastrof. Cało wychodzą z nich jednak nie twardziele, ale osoby, które znają zasady bezpieczeństwa.
Pod wpływem pojawiającego się nagle stresu organizm nastawia się na obronę życia, jeśli jednak stres ten staje się zbyt silny, działa na niekorzyść ofiary. Zbyt gwałtowny wyrzut ogromnej dawki adrenaliny może wprowadzić człowieka w stan utrudniający myślenie i działanie. Obszary mózgu odpowiedzialne za orientację przestrzenną, koncentrację i pamięć zaczynają zawodzić. Dlatego ludzie na tonącym promie mogą mieć na przykład kłopoty z włożeniem kamizelki ratunkowej, a pasażerowie samolotu, który uległ awarii, z zapięciem czy odpięciem pasów. Skoro przerastają ich nawet tak proste czynności, tym bardziej nie będą w stanie obmyślać sposobów na ratunek.
Zestresowany mózg jest niezdolny do zintegrowania wszystkich napływających do niego informacji. Dlatego wielu ludzi w tak dramatycznych okolicznościach doświadcza wrażeń, które nie występują na co dzień. Ma na przykład tzw. widzenie tunelowe – pole wzrokowe zawęża się o 70 proc. Widzą wtedy mniej więcej tyle, ile my przez dziurkę od klucza. Hormony stresu mają działanie halucynogenne, dlatego obraz może być nienaturalnie zniekształcony. Ofiary katastrof miewają też zmienioną wrażliwość słuchu – jedne dźwięki są przytłumione, a inne wyjątkowo głośne. Prawie dla wszystkich czas zwalnia. Dzięki temu ludzie rejestrują detale, których normalnie nigdy by nie dostrzegli. – Podniosłem wzrok i zobaczyłem puszki piwa, które przelatywały nad moją głową – opowiadał policjant biorący udział w strzelaninie. – Co jednak jeszcze dziwniejsze, na spodzie miały napis „federal”. Okazało się, że to były łuski nabojów z broni kolegi, który strzelał obok mnie. (…).

Dużo wiadomości w tym artykule i są bardzo porządne, źródło i więcej czytania:  newsweek.pl >>

“Majestatyczne fale uderzające od morza”. Można by powiedzieć, że właśnie w ten sposób przedstawia się nasza nieświadomość. Nieomal regularnie wysyła ona potężne fale do świadomości, która przywodzi na myśl dolinkę, gdzie kończy się zatoka. Śniący odwołuje się tu do obrazu, na który powoływało się wielu moich pacjentów; zgodnie z tym świadomość tworzy coś w rodzaju zatoki w nieświadomości – zatoki połączonej z morzem, ale oddzielonej od niego przez groblę czy półwysep. (…) .”Obserwowanie tych fal to przeżycie zarazem uspokajające i fascynujące. Oglądana z tej perspektywy, także nasza świadomość wydaje się poruszana falami przypływu i odpływu”. Przez ten nieświadomy ruch śniący wyobraża sobie rytmiczny oddech natury, tak jak u Goethego mamy “diastolę i systolę”. Chodzi tu o pierwszą formę ruchu, tak jak u pierwotniaków.

Opisywał C.G. Jung – Analiza marzeń sennych, seminaria 1928 -1930

oficjalne zakończenie recesji

Tak, oficjalnie to powiedziano i chcę zauważyć, kiedy będzie to odwołane: odwołanie też umieszczę pod tagiem KRYZYS

W Unii Europejskiej oficjalnie skończyła się najdłuższa recesja od II wojny światowej. Gospodarka całej UE urosła w III kw. o 0,2 proc., a strefy euro o 0,4 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału(…)

źródło i więcej czytania: wyborcza.biz>>

 

nieszczelne miejsca

W czytaniu Junga są takie ciekawe miejsca.

Mówi on o nieszczelnych miejscach, o tym, że przecieka libido; mówi, że trafiając w takie miejsca w psychice osoby, nic nie wskóramy,  chociaż wiadomo już, że można spróbować wracać do najbardziej energetycznego miejsca, w jakim klient i terapeuta wcześniej się znaleźli i tam wciąż jest droga poznania, chociaż inna, albo badać to nieszczelne miejsce , ale nie wysilać się aż tak bardzo i tak wścibsko,  jak to jest tutaj opisane:

Takie nieszczelne miejsce to sprawa bardzo ważna w analizie. Wielu ludzi poddawanych analizie próbuje ukryć się za murami wznoszonej naprędce twierdzy, wyspy, miejsca, gdzie nie ma żadnego ruchu, gdzie wszystko tkwi w jednym miejscu. Chodzi tu o stworzenie czegoś w rodzaju przeciwnego bieguna, którego analityk nie mógłby zniszczyć, a idea wyspy to trafny i ważny symbol, ale wielu ludzi wykorzystuje go w sposób niewłaściwy, żywiąc nim swe uprzedzenia mentalne czy pragnąc dzięki temu coś ukryć (…), pacjent tworzy sobie bezpieczne miejsce, gdzie – jak sądzi – może się ukryć przed wścibstwem analityka. Wyobraźcie sobie, że przychodzi do mnie na analizę pewna dama, po czym natychmiast zakochuje się w pierwszym lepszym (…), zapytana o całą sprawę nie chce się przyznać, mówi: “ach, to tylko taka fantazyjka”. Ale całe libido ją opuszcza. Podczas analizy nic się nie dzieje, ponieważ cała energia, jaka w niej była, uszła z niej jak powietrze z balonu. Analityk jest skazany niejako na pracę na zapleczu (…). Nic nie jest w stanie wywołać śladu reakcji, wszystkie jego usiłowania do niczego nie prowadzą – właśnie dlatego, że całe libido zostało przeniesione w bezpieczne miejsce. W sytuacji, gdy mamy do czynienia z takimi  ludźmi, nic nie wskóramy. Gdy tylko wyciągamy po coś rękę, rzecz, po którą chcieliśmy sięgnąć, zostaje natychmiast nam zabrana. Przeprowadzamy wówczas coś w rodzaju analizy prowizorycznej. (…). Być może odkryjemy, że tam, gdzie powstaje przeciek, ludzie ci tworzą sobie biegun przeciwny lub wentyl bezpieczeństwa. Wpływ analityka jest stale równoważony przez jakieś autonomiczne coś, aż w końcu analityk odkrywa biegun przeciwny.

I tak może być cały czas. Nieświadomość szuka bezpieczeństwa przed terapeutą, terapeuta sięga po coś, chce coś wskórać,  no tak, to wszystko prawda, ale to dziwna walka i okropny opis, trzeba pamiętać, że to język początków XX wieku,  cały ten proces Jung nazywa reservatio mentalis i dość osobliwą sztuczką.

C.G. Jung – Analiza marzeń sennych, seminaria 1928-1930

Dziś taki dzień, że widzę właśnie to.

Szpitale to miejsca, gdzie przydaje się obecność lekarzy i zaczyna się sprawdzanie list obecności lekarzy w szpitalach, a nawet linii papilarnych.

“Kopernik” to pierwszy łódzki szpital, który postanowił ukrócić wychodzenie z pracy przed południem. Do oddziałów i poradni ruszyły kontrole z listą obecności. Wygląda to tak: o godz. 12.30 do losowo wybranej kliniki wpadają dwie panie z kadr i cały personel musi się podpisać. Rzadko kiedy frekwencja jest stuprocentowa, więc kadry wyjaśniają nieobecności. Jeśli okazuje się, że pracownik nie ma usprawiedliwienia, ląduje na dywaniku u dyrektora.
Do skończenia z wcześniejszym wychodzeniem z pracy placówkę zmobilizował NFZ, który zbiera dane ze szpitali i przychodni o tym, gdzie i w jakich godzinach pracują poszczególni lekarze. Bardzo często okazuje się, że w godzinach pracy w publicznej jednostce przyjmują w prywatnych poradniach. NFZ nie może tego zabronić lekarzom. Ale ich pracodawcom tak. I za każdym razem, kiedy natrafia na delikwenta, który deklaruje, że pracuje w kilku miejscach jednocześnie, grozi karami placówkom, które go zatrudniają.
“Kopernik” nie chce się narażać na koszty. Ale o tym, żeby nie zwlekać z kontrolami, dyrekcję przekonały anonimy. Lekarze albo pielęgniarki donosili na swoich współpracowników. Że wychodzą z pracy o godz. 12 albo nigdy ich nie ma, kiedy są potrzebni. Na razie jedyną ofiarą listy obecności jest lekarka z przyszpitalnej poradni. – Panie z kadr aż dwa razy nie zastały jej w pracy – mówi dr Dariusz Timler, dyrektor ds. medycznych w “Koperniku”. – Kiedy spytaliśmy, dlaczego jej nie było, powiedziała, że przecież ona nie przyjmuje w środy i piątki. – Kto tak zadecydował? – dociekaliśmy. Okazało się, że ona sama.
Lekarka przekonywała, że wszystko było w porządku, bo nikt się na nią nie skarżył. – To prawda – mówi dr Timler. – Bo nikogo nie zapisywała na dni, w które nie przychodziła. (…).

żródło i więcej czytania, także o sprawdzaniu lekarskich linii papilarnych: miasta.gazeta.pl >>

groźna służba zdrowia

Z wielkim niepokojem, ale dołączę tutaj tę notkę. Wszystko tu jest prawdziwe, opisane są tu przeżycia chorego zagrożonego utratą wzroku, ale są też inne, wręcz groźniejsze choroby na śmierć, których leczenie, o ile można to tak nazwać,  podlega tym samym bezdusznym prawom. Znam to dokładnie, wiem, że tak jest. Pisze się o tym od czasu do czasu z narzekaniem, z potępianiem, z obwinianiem. Nie wiem, czy pomysł, co zrobić i rada na to, są w tym artykule dobre: to nie pacjenci mają wiedzieć, jak uleczyć służbę zdrowia.  To wszystko groźne, to sprawa życia i śmierci, ludzie umierają, bo to wszystko dzieje się naprawdę.

….

Jak można usankcjonować półroczne, a nawet roczne oczekiwanie do specjalisty? Można oczekiwać pół roku na operację kardiologiczną? Z miażdżycą? Jak można dwa miesiące czekać na wizytę w przychodni ortopedycznej? Z boląca kostką? Na wizytę u okulisty z wżerami w rogówkach (?)! 
Przecież to jest jakiś obłęd. To jest rosyjska ruletka uświęcona przez Najjaśniejszą Rzeczpospolitą! Będziesz miał szczęście – przeżyjesz, będziesz chodził, przejrzysz. Nie – umrzesz, stracisz nogę, oślepniesz.
Dlaczego jest tak źle
Osiemdziesiąt procent kosztów działalności szpitali zżerają wynagrodzenia personelu. Lwia część z tych osiemdziesięciu procent zżerają pensje lekarzy. Służba zdrowia z krajach zachodnich pochłania kilkanaście, kilkadziesiąt razy więcej pieniędzy (relatywnie na obywatela) niż w Polsce. Nasi lekarze zarabiają pięć, siedem, dziesięć razy mniej od swoich zachodnich kolegów. Skutecznie jednak, powoli „dobijają” do swoich zachodnich kolegów. Nie cofną się przed zrujnowaniem finansów służby zdrowia. Polski lekarz musi, niedługo, osiągnąć identyczny (banknotowo, nie relatywnie) stan materialny, jak jego kolega w Anglii. Zatrudnijmy wreszcie lekarzy z Ukrainy, Bangladeszu, Indii, Kamerunu i Angoli. Oni nie są gorszymi lekarzami, oni nie mają warunków do leczenia i własnego rozwoju. Zarabiając u nas pięć, siedem czy osiem tysięcy będą nam pacjentom i naszemu państwu dozgonnie wdzięczni, a wróciwszy do siebie będą „nieludzko bogaci”. A nasi lekarze niech jadą do Anglii leczyć tamtejszych emerytów za tysiące funtów z przepastnej kasy angielskiej służby zdrowia.
Jakoś to będzie?
Jeśli stracę wzrok, stanę na głowie, poruszę niebo i ziemię, łącznie ze Strasburgiem, aby moja żona dostała niebotyczne odszkodowanie, za spowodowanie ślepoty u mnie na skutek: raz, nie podejmowania odpowiedzialności przez kolejne proponowane ośrodki medyczne, dwa, nie podejmowanie żadnych działań (usankcjonowanie „instytucji” oczekiwania). ….

źródło i więcej czytania: interia >>

rytmy życia

W eposie o Gilgameszu znajdziemy ideę, podług której człowiek całkowity w dwóch trzecich jest boski, w jednej trzeciej ludzki. Jest to człowiek bólu i radości, znający oba uczucia: radujący się pod niebiosa i śmiertelnie zasmucony. Gilgamesza opisuje się tam jako męża największej błogości i bezdennej rozpaczy, jako tego, który wznosi się na najwyższe szczyty i zstępuje w najgłębsze otchłanie. Idea życia spełnionego wiąże się z niesamowitymi wahaniami z góry na dół i z dołu do góry, od ekstrawersji do introwersji i z powrotem. Jeśli życie nie zawiera pary przeciwieństw, przebiega po linii prostej, ale wówczas mamy do czynienia z sytuacją, jak gdyby istota ludzka nie oddychała, jak gdyby w ogóle nie żyła. Jeśli życie przeżywane jest rytmicznie, w formie przebiegu od diastoli i systoli, jest całością, zbliża się do całkowitości. Jeśli zatem śniący spogląda na siebie w sposób trójwymiarowy (…), postrzega się w ruchu przebiegającym tam i z powrotem; jeśli zaś ujmuje samego siebie sub specie aeternitatis, unosi się w wodach życia, wdychając i wydychając jak komórka.
Jeśli (…) rytmiczna cecha życia spełni swą powinność, ruch w tę i z powrotem może ulec rozgałęzieniu i stać się spiralą. W tym kręgu wewnętrznym człowiek może zrezygnować z ruchu w przeciwne strony – rytm życia upodobni się wówczas do rytmu życia rośliny. (…).
Przypomnijmy sobie, jak Dante wędrował z piekła do nieba, tam i z powrotem.
Marzenia senne są wprost wspaniałe. Dobiegają one do końca dokładnie tam, gdzie wielki artysta położył kres dramatowi.

C.G. Jung – Analiza marzeń sennych, seminaria 1928-1930

czy recesja mija

Zrezygnowałam z czytania i pisania o kryzysie, ale jednak myślę, że to nie koniec i że czasem warto zachować sobie jakieś wypowiedzi. Te spisywane tutaj rok temu, do wiosny, mają w sobie dziwną atmosferę, jakby świat się kończył albo na odwrót, jakby prawie nic się  nie stało.

Dziś czytam, że recesja mija, kłopoty zostają. Zauważone są różne sprawy.

Przed rokiem, gdy upadł amerykański bank Lehman Brothers, światowe rynki finansowe ogarnęła panika, a wielu ekonomistów obawiało się, że zaczyna się wielki kryzys, porównywalny z tym z lat 30., a na pewno największy od II wojny światowej. Statystyki nie potwierdzają tych obaw.
Już w II kwartale 2009 roku największe gospodarki europejskie – niemiecka i francuska – zanotowały wzrost. Wzrosła też po trwającej ponad dekadę stagnacji gospodarka japońska. W miniony czwartek dobre informacje nadeszły też ze Stanów Zjednoczonych, gdzie odtrąbiono koniec recesji. W III kwartale PKB wzrósł o 3,5 proc. w stosunku do kwartału II. Wskaźnik ten jest oczyszczony z wahań sezonowych i przeliczony na cały rok. To znaczy, że jeżeli gospodarka utrzyma podobną dynamikę, to w ciągu czterech kwartałów PKB wzrośnie za oceanem o 3,5 proc. To więcej, niż się spodziewano. (…).
Centrum świata sunie do Azji

Informacja o końcu recesji w USA nie wzbudziła jednak wielkiego entuzjazmu. W czwartek inwestorzy się cieszyli, na giełdach były wzrosty. W piątek większość giełd, także warszawska, już notowała spadki. Wzrosły giełdy azjatyckie, ale powodem było podwyższenie przez międzynarodowe instytucje finansowe prognoz wzrostu Chin i Indii. (…).
Punkt ciężkości światowej gospodarki przesuwa się coraz mocniej w stronę Azji.(…).
Prezydent Barak Obama, komentując 3,5-proc. wzrost, mówił: “Wiele lat brnęliśmy w ten kryzys, a wydobycie się z niego zajmie nam jeszcze wiele miesięcy”. (…).

Fundamenty wciąż trzeszczą

Ekonomistów niepokoi też widmo inflacji. Dziś to wygląda na abstrakcję. W strefie euro ceny spadają (inflacja jest ujemna, choć bliska zera), w Stanach Zjednoczonych we wrześniu inflacja wyniosła minus 1,32 proc. Dopóki moce produkcyjne pozostaną niewykorzystane, trudno mówić o wzroście cen. Ale niekonwencjonalna polityka banków centralnych w ostatnim roku wpompowała na rynek ogromną masę pieniędzy. Zdaniem analityków banki wkrótce wrócą do konwencjonalnej polityki pieniężnej i zaczną podnosić stopy procentowe. To znaczy, że zniknie bodziec monetarny pobudzający gospodarki.

Wszyscy podkreślają, że o prawdziwym końcu recesji można będzie mówić wówczas, gdy ceny domów zaczną rosnąć, a bezrobocie spadać. Na to się na razie nie zanosi.(…).

Świat musi poszukać nowej lokomotywy

Rynek pracy również nie dostarcza dobrych wiadomości. We wrześniu, jak podało Bureau of Labor Statistics, liczba miejsc pracy w USA poza rolnictwem spadła o 263 tys., a bezrobocie wzrosło do 9,8 proc.(…).

W latach 90. Amerykanie przyzwyczaili się, że stopa bezrobocia oscyluje wokół poziomu 5 proc., niespecjalnie dokuczliwego społecznie. Dziś nie ma nadziei na szybki powrót do tej sytuacji, zwłaszcza że ogromny deficyt budżetowy i plany nowych wydatków (przede wszystkim związanych z reformą zdrowia) wymuszą w kolejnych latach wzrost obciążeń podatkowych.

Przez 20 ostatnich lat ekonomiści uznawali za naturalne, że w Stanach Zjednoczonych bezrobocie jest dwukrotnie niższe niż średnie w Europie. Tłumaczyli to większą elastycznością amerykańskiego rynku pracy i niskimi kosztami pracy niskokwalifikowanej w Ameryce. Być może teraz sytuacja trwale zmieniła się. To Europa okaże się skuteczniejsza w zwalczaniu bezrobocia.

Zdaniem ekspertów rządowych pakiet stymulacyjny Obamy ma stworzyć milion miejsc pracy – wielokrotnie mniej niż gospodarka utraciła od początku recesji. Rząd przygotowuje plan ulg podatkowych, które mają pomóc zwiększać zatrudnienie w sektorze małych i średnich firm. Planowane są ulgi dla rodzin kupujących pierwszy dom, lecz oznacza to przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Tak czy inaczej nad gospodarką amerykańską wisi wielki dług i spłacać go można, tylko wyjmując z kieszeni Amerykanów kolejne dolary, których zabraknie na konsumpcję i inwestycje. Dopóki dług USA nie powróci do “przyzwoitego” poziomu – ok. 60 proc. PKB z obecnych 90 proc. – trudno marzyć o silnym odbiciu gospodarki. Przez lata wszyscy przyzwyczaili się traktować amerykańską gospodarkę jako lokomotywę całego świata. Wygląda na to, że świat musi znaleźć inną lokomotywę.

źródło i więcej czytania: wyborcza.biz.biznes >>

 

Starsze wpisy »