Chiny to było dla mnie dotąd trochę zenu, trochę taoizmu, kilka przeczytanych książek z literatury chińskiej i medycyna chińska w wersji uwspółcześnionej, ale wciąż zadziwiającej, która mnie wyleczyła. Nigdy nie marzyłam o podróży do Chin, to było i jest poza moim zasięgiem, ale Chiny mi się śniły, a jedzenie wegetariańskie według pięciu przemian jest dobre.
Teraz będzie olimpiada i chociaż nie interesuję się sportem, mam zamiar trochę się jej przyjrzeć. Robię porządki w naszej bibliotece i wyłaniają się stamtąd pewne rzeczy chińskie. Tak naprawdę Chiny to dla mnie chińszczyzna, zwłaszcza kiedy oglądam próbki lekcji języka chińskiego i nie jestem w stanie przełamać się i zapisać na te lekcje. Teraz będzie wszędzie mnóstwo wiadomości o Chinach i trochę pozbieram. Potraktuję te obserwacje jako ćwiczenia ze śnienia.
napisane 2 sierpnia, przerzucone z chińskiego bloga