To nie jest o książce Mertona, ale o książce jego przyjaciela i oficjalnego biografa , pisarza i fotografika, Johna Howarda Griffina. Co znaczy, że to, co napisał Merton, zostało przeczytane i przemyślane z największą uwagą. Skutkiem jest wspaniały gąszcz mądrości, pozostawiony jako uroczysko, ze ścieżkami, na których postawił stopę przyjaciel i można tamtędy pójść.
Merton napisał bardzo dużo. Nie wszystko jest tu wspomniane. Jako mnich tradycji zachodniej, dużo myśli i czasu poświęcił wschodnim tradycjom kontemplacyjnym, próbował opisać rozmaite drogi prowadzące do najwyższych stanów świadomości, które są mistyczne: tak, to w świadomości mistycznej możliwe jest poznawanie tego, co niewypowiadalne.
Cytował Gabriela Marcela i mogło to być motto do niejednego z jego esejów:
W dzisiejszych czasach pierwszym i, być może, jedynym obowiązkiem filozofa jest obrona człowieka przed nim samym: obrona człowieka przed ową niezwykłą pokusą bycia nieludzkim, której – niemal nieświadomie – uległo dziś tak wielu.
Sam powiedział pod koniec życia:
Jeżeli staniesz się sobą, nie będziesz pasował do mistyki nikogo innego.
Jego niesamowita walka o to, aby żyć w pustelni, zmierzyć się z fundamentalną rzeczywistością siebie samego, aby odrzucić mierne i fałszywe wartości narzucone przez społeczeństwo, była bardzo trudna, bo okazuje się, że nawet mnichom można wypominać w sposób bardzo nieprzyjemny, że powinni brać udział w “wirze życia”, że nie ma życia poza tym wirem i nie ma to jak ten wir. Wypominaczom zdawało się, że to oni żyją w realnym świecie, co sugerowało, że on nie.
I to powszechne nastawienie jest wciąż tak aktualne, że również to nazwałabym pokusą bycia nieludzkim.
Arnold Mindell, współczesny psycholog, może dlatego wyraźnie oddzielił to, co dzieje się z ludźmi w rzeczywistości uzgodnionej, gdzie ta pokusa występuje. W rzeczywistości nieuzgodnionej jest inaczej i mniej więcej tego stanu świadomości próbował zaznać Merton w swojej pustelni. Mówił, że zaszył się w klasztorze nie po to, żeby uciec od świata, lecz żeby stać się nikim.
Człowiek- nikt w swoim wystąpieniu w Kalkucie, gdzie był tuż przed śmiercią, potrafił powiedzieć tak:
Najgłębszym poziomem porozumienia nie jest komunikacja, lecz komunia. Jest ona bezsłowna. Jest poza mową i poza pojmowaniem.
Przetłumaczył sam wiersz Czuang Tsy, którym był zafascynowany:
Człowiek Tao
pozostaje nieznany.
Cnota doskonała
Niczego nie tworzy.
Nie-ja
Jest prawdziwym ja.
A największy z ludzi
To Nikt.
Merton nie został jednak nikim. Był bardzo sławny, rozchwytywany przez niezliczone stowarzyszenia do walki z wszelkim złem ziemskim i nawiedzany w pustelni przez niezliczonych przyjaciół, którym nie przyszło do głowy, że pustelnik potrzebuje spokoju i ciszy, aby poznawać wewnętrzne tajemnice życia.
Umarł nagle, w wieku 53 lat, porażony prądem elektrycznym w Bangkoku, podczas swojej podróży na Wschód, gdzie odbył wiele spotkań z ludźmi i brał udział w wielu konferencjach. Nasuwa się myśl, że było tego za wiele i że jakieś wielkie, ponadludzkie śnienie powiedziało “dość”.
_________
“Za głosem ekstazy. Pustelnicze lata Thomasa Mertona” – John Howard Griffin
[...] człowiek, który chciał być nikim >> [...]
Nie znasz dnia ani godziny..
on przez cały rok to przeczuwał i o tym pisał, wydał dyspozycje, kto i jak ma się zająć jego pismami
a propos Czuang-tsy, bodajże pod koniec lat 50-tych ukazała się w Polsce pięknie wydana “Prawdziwa księga południowego kwiatu”, w której jest najsłynniejsza chyba opowieść tego mistrza Tao o jego śnie, w którym był fruwającym motylem :)
witaj Mateuszu, znam tę książkę, a w tym blogu, który zaczęłam pisać podczas olimpiady chińskiej, jest sporo czytań chińskich i mój sen o motylu, który dedykowałam Czuang-tsy, bo właśnie wtedy o nim czytałam…
można go znaleźć gdzieś na początku, pod tagiem “sny”