miasto, tęcza, most, labirynt

Dalsza droga przez pisanie H. Millera prowadzi mnie przez „Most Brooklyński”, świetne pisanie, ale ten zbiór opowiadań jest mniej zachwycający niż „Czarna wiosna” i „grecki „Kolos z Maroussi”:

Przez całe życie czułem się blisko spokrewniony z szaleńcem i kryminalistą. Właściwie przez całe życie mieszkałem w wielkich miastach; czuję się nieszczęśliwy i nieswój, dopóki nie znajdę się w wielkim mieście. Moja tęsknota za  Naturą ogranicza się do wody, gór i pustyni. Te trzy żywioły tworzą trójce, która jest mi bardziej niezbędna niż wszelka strawa duchowa. Ale w mieście świadom jestem jeszcze jednego elementu, który przewyższa tamte swą siłą budzenia fascynacji: labiryntu. Zabłądzić w obcym mieście to największa radość, jaką znam; zorientować się w nim znaczy stracić wszystko (…).

W gwałtownych snach i wizjach, które towarzyszyły pisaniu „Czarnej wiosny”, jeden obraz zdaje się powracać z większą okazałością i świetnością niż każdy inny: most Brooklyński. Dla mnie most Brooklyński był w dużym stopniu tym, czym dla Lawrance’a była tęcza. Tyle tylko, że podczas gdy Lawrence szukał jasnej przyszłości, którą tęcza zdawała się obiecywać, ja szukałem więzi, która połączyłaby mnie z przeszłością. Most był dla mnie sposobem mego powrotu do uniwersalnego nurtu; był o wiele bardziej trwały i wytrzymały niż tęcza, a równocześnie był rozwianiem nadziei i tęsknot. Umożliwiał mi połączenie dwóch odziedziczonych nurtów, które cyrkulowały między biegunami śmierci i szaleństwa. Odtąd mogłem postawić mocno jedną stopę w Chinach, a drugą w Meksyku. Mogłem spokojnie chodzić między szaleńcem i kryminalistą. Byłem bezpiecznie usytuowany w swoim czasie, a przecież ponad nim i poza nim.

_________________________________________

Henry Miller – Noce miłości i śmiechu

Reklamy