mistrz snów na jawie cz. 1

Udało mi się znaleźć na Uroczysku >> co Widun pisał o Bruno Schultzu, który był dla niego Mistrzem Snów na Jawie.

Są trzy odcinki.

Dawno temu napisałem dłuższy artykuł o twórczości Brunona Schulza, ale dopiero dzisiaj wypłynął na wierzch z archiwów, więc postanowiłem go wpisać tutaj. Jest dość długi, więc przyleci zapewne w dwóch lub trzech odcinkach.

Bruno Schulz, skromny, niepozorny nauczyciel rysunków w przedwojennym Drohobyczu był dla mnie zawsze niedościgłym mistrzem pióra,czarodziejskim słowotwórcą, dla którego nasz codzienny, szary świat był metaforą, barwną jak egzotyczny motyl. Schulz wędrowal przez ziemię niczyją, gdzieś na pograniczu wyobraźni dziecięcej i wizjonerstwa, żonglując symbolami które były bezczasowe i dziwaczne jak urywki snu. Stanisław Ignacy Witkiewicz (“Witkacy”),zaskoczony niezwykłą dojrzałością artystyczną Schulza, podejrzewał że był on doświadczonym pisarzem z dlugoletnią praktyką. A przecież jedyną “twórczością” Schulza przed napisaniem pierwszych opowiadań były – listy. Z nich właśnie, jak sam Schulz wyznaje, powstaly Sklepy Cynamonowe. Mogę sobie łatwo wyobrazić, z jaki zapałem Bruno Schulz pogrążyłby się dziś w kontaktach emejlowych. W pisaniu listów Schulz znajdował bowiem ucieczkę od swego osamotnienia w intelektualnie jałowym Drohobyczu. W przedmowie do szczupłego zbiorku ocalonych listów Schulza (Chimera 1993), Jerzy Ficowski pisze: „Listy sprawiały, że mógł- nie narażając się na tak często onieśmielający go kontakt osobisty – zaludniać swą życiową samotność” . Jakże celnie pasuje to “zaludnianie samotności” do  typowego internauty pogrążonego w emejlowej korespondencji  wirtualnego świata.

Proza Schulza jest jak wspaniale egzotyczna uczta dla smakoszy. Trzeba się do niej zabrać z religijnym niemal apetytem, rozsmakować się, spożywając ją w małych kąskach, delektując się każdą nieoczekiwaną metaforą, każdym zdumiewającym obrazem. Kilka wyjątków ze Sklepów Cynamonowych dla ilustracji tego co mam na myśli:

“W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawial mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych i oszałamiających dni letnich. Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek…. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających słojów powietrznych, kwadraty blasku, śniące żarliwy swój sen na podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa, trzy takty refrenu granego gdzieś na fortepianie wciąż na nowo, mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia głębokiego. …W sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złotym mieli ów grymas skwaru, jakgdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną i tę samą maskę -złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli dziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety, pozdrawiali się w przejściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny – barbarzynską maskę kultu poganskiego.”

Oczywiście, dziś jego zdumiewający styl pisania może wydawać się nieco przesadny, niemal barokowy w zawiłych esach-floresach przymiotników, w zdaniach wirujących tęczowymi metaforami, w obrazach tak niezwykłych jak korowód pielgrzymów ze świata snów na jawie.

_____________________________

uroczysko 2.11. 2008

Reklamy