o życiu słów finnegańskich

Dzięki istnieniu książek strychowych, których ludzie chcą się pozbyć, czasem piwnicznych albo podśmietnikowych, przeczytałam dużo rzeczy. „Pollyannę”, „Baśnie Narodów Związku Radzieckiego”, fantastyczną broszurę o mrówkach z roku ok. 1930, trylogię księżycową Jerzego Żuławskiego, „Błogosławieństwo ziemi” Hamsuna i inne.

Teraz znów mam co przeglądać i natychmiast znajduję „Powieść jako poszukiwanie” Michela Butora, wydanie polskie z 1971r, eseje z lat 1960-68, rozdział  o archipelagu Joyce’a.  Jest tam też o „Finnegans Wake”.  Biorę to za znak, że moja przygoda finnegańska nieskończona. Dotąd wystarczało mi czytanie „Finneganów trenu” i pisanie poranków. Teraz drabble. Sam Joyce i okoliczności pisania o Finneganach wciąż były dla mnie umiarkowanie ciekawe.  Nagle, w głębi rozdziału, przeczytałam u Butora  zdanie: Język zaczyna żyć niepokojącym życiem. Tam. O życiu języka finnegańskiego wiem po sobie. Dalej jest coś, co też staje się wiadome, kiedy czytać naprawdę bardzo: o pozorze chaosu itd.:

Autor „Finnegans Wake” wiedział doskonale, że nikt nie zna wszystkich języków niezbędnych do pełnego zrozumienia książki w sensie dosłownym. A choćby nawet ktoś je znał, to nie mógłby mieć jednocześnie w pamięci wszystkich asocjacji proponowanych przez zdania. Z samej swojej istoty dzieło to ma być czytelne i zrozumiałe tylko stopniowo. Jest w nim pozór chaosu i każdy wchodzi do środka właściwymi dla siebie drogami. W tym albo w innym fragmencie niekoniecznie wszyscy muszą znaleźć od razu to samo literalne znaczenie. Coś objawi się komuś w zależności od jego wiedzy i rodzaju umysłowości, gdy inne rzeczy pozostaną dlań zakryte. Wymiary i trudności są takie, że nigdy nie przenikniemy wszystkich szczegółów do końca.

________________________

Michel Butor – Powieść jako poszukiwanie

To, co nie ma końca, zachowuje się trochę jak nieskończoność. Ale jest jeszcze lepszy akapit.

więcej:

wysoce ryzykowne finnegańskie ćwiczenia szkolne >>

Reklamy