ścieżki śpiewu, linie snu, śnienie

Blogi nigdy się nie kończą, można więc wracać. Zwłaszcza pamiętając linie snu tego miejsca.

Przeglądam książkę Bruce’a Chatwina po raz nie wiem który, książka pisana jest w latach 80 dwudziestego wieku i to, co kiedyś wydawało mi się dość zrozumiałe, jest teraz mniej jednoznaczne, ale za to wspanialsze, znaczenia słów, postacie rzeczy.

Aborygeni, powołując śpiewem świat do istnienia, byli poetami w pierwotnym sensie tego słowa. „Poesis” znaczy tworzenie. Żadnemu Aborygenowi nie przyjdzie nigdy na myśl, że świat jest niedoskonały. Jego życie religijne ma jeden cel: utrzymać ziemię taką, jaka jest i jaka powinna być.

Czasem mówią: Wyśpiewujemy świat, żeby go szybciej było widać.

(…) Aborygeni nie potrafią uwierzyć, że świat istnieje, dopóki go nie zobaczą i nie wyśpiewają – dokładnie tak, jak ich przodkowie w Epoce Snu śpiewem powołali świat do istnienia.

(…) To znaczy, że świat musi najpierw istnieć w umyśle jako pewna idea?

(…) Aborygeni wierzą, iż każdy przodek totemiczny, wędrując po kraju, zostawił za sobą ślady w postaci słów lub dźwięków. (…). Wytyczone w ten sposób „ścieżki” stały się czymś w rodzaju „dróg komunikacji”.

(…) Pieśń była zarazem mapą i kompasem. Jeśli znało się pieśń, zawsze można było znaleźć właściwą drogę.

(…) Czyli pieśń jest rodzajem paszportu?

(…) To trochę bardziej skomplikowane. Teoretycznie całą Australię można czytać jak partyturę. Prawdopodobnie nie ma tu skały czy strumienia, który – zdaniem Aborygenów – nie został powołany do istnienia śpiewem.  Ścieżki śpiewu można sobie wyobrazić, na przykład, jako mapę podróży Odyseusza, na której każdemu „zdarzeniu” odpowiada jakiś element topografii.

(…) Czy przez „zdarzenie” rozumiesz święte miejsce?

(…) Zgadza się.

To się coraz bardziej komplikuje, bo mapa niekoniecznie odzwierciedla terytorium, przynajmniej nie według powszechnie znanej geometrii, są to raczej ścieżki, drogi, przystanki, inaczej punkty przekazania,  gdzie pieśń przestaje być własnością tego, który z nią dotąd szedł, zostaje przekazana komuś innemu, idzie dalej z kim innym.

W dodatku Aborygeni mówią, że rozpoznają pieśń po smaku i zapachu. Może mają na myśli melodię, może nie. Słowa pieśni mogą się zmieniać, ale ten smak, zapach, melodia – nigdy.

Wyśpiewać, znaczy wydobyć z nieistnienia, wyśnić, wyjawić. Zrobili to przodkowie w Epoce Snu, ale żeby świat istniał nadal, śnienie musi trwać zawsze. Jest szkicem tego, co stanie się jawne, ścieżka snu jest drogą do jawy, słowa pieśni, która jest zarazem drogą, mogą być różne, ale jest coś trwalszego niż słowa: smak, zapach, dźwięk, melodia, śnienie.

Sen – film nocny – jest tylko szczególnym przypadkiem śnienia. Nie musimy śnić tych filmów, aby śnić zawsze.

_______________________

Bruce Chatwin – Ścieżki śpiewu

dźwięk pierwszych sylab stwarzających świat

Trochę ciekawych rzeczy zostawiłam na stronie śnieniowej na fejsbuku, tam łatwo i szybko wszystko się pojawia i tak samo znika z oczu. Od Pratchetta, który jest wspaniałym nauczycielem pracy z procesem śnienia, przepisuję wskazówki o słuchaniu śnienia, które chcę zachować:

Jedynym, co chroniło świątynię przed starciem z powierzchni Dysku przez kilka dobrze wymierzonych lawin, był fakt, że bogowie byli ciekawi, co Słuchacze mogą Usłyszeć. (…). Rzecz w tym, że Słuchacze próbują ustalić, co dokładnie powiedział Stwórca, kiedy stwarzał Wszechświat. Teoria jest całkiem prosta. To oczywiste, że żadne dzieło Stwórcy nie podlega unicestwieniu. Oznacza to, że echo tych pierwszych sylab wciąż gdzieś jeszcze krąży, raz po raz odbija się od materii w kosmosie i pozostaje słyszalne dla naprawdę uważnego słuchacza. Przed wiekami Słuchacze odkryli, że lód i przypadek wyrzeźbiły tę dolinę w doskonałe akustyczne przeciwieństwo doliny echa. Zbudowali swą wielokomorową świątynię dokładnie w tym punkcie, jaki zawsze zajmuje jedyny fotel w mieszkaniu zagorzałego fanatyka hi-fi.(…). Słuchali. Pewne kłopoty powodował fakt, że słyszeli nie tylko subtelne echa pierwszych słów, ale też każdy powstający na Dysku dźwięk. Aby rozpoznać brzmienie Słów, musieli się uczyć odróżniać wszelkie inne odgłosy. Wymagało to specyficznego talentu; nowicjuszy przyjmowano do nauki, jeśli po samym brzęku z odległości pięciuset sążni potrafili odgadnąć, na którą stronę upadła rzucona moneta.(…). I chociaż Świątobliwi Słuchacze żyli na takim pustkowiu, wielu ludzi wstępowało na długą i niebezpieczną ścieżkę wiodącą do ich świątyni, przemierzało mroźne, pełne trolli krainy, przekraczało bystre, lodowate rzeki, wspinało się na strome szczyty, wędrowało przez niegościnną tundrę, by wreszcie pokonać wąskie stopnie prowadzące do ukrytej doliny i z otwartym sercem szukać tajemnic istnienia.

_________________________________

Terry Pratchett – Mort

do zastosowań ogólnych

Trzy razy na tak małej przestrzeni użyte słowo „oczywistość” trochę daje do myślenia:

Czasami oczywiście czarownice nie przechodzą na stronę zła. Po prostu odchodzą… dokądś.

Intelekt babci potrzebował jakiegoś zajęcia. Źle znosiła nudę. Kładła się wtedy do łóżka i wysyłała umysł na Pożyczanie, do wnętrza głowy jakiegoś leśnego stworzenia; słuchała jego uszami i patrzyła przez jego oczy. Oczywiście, to całkiem wygodne do zastosowań ogólnych, ale babcia była zwyczajnie za dobra. Potrafiła przebywać poza własnym ciałem dłużej niż ktokolwiek, o kim niania Ogg by słyszała.

Było rzeczą właściwie oczywistą, że pewnego dnia nie zechce powrócić.

______________________________

Terry Pratchett – Maskarada

Terry Pratchett. Kto teraz uratuje ludzkość?

Terry-Pratchett

Kiedy ktoś umrze, zaczyna istnieć w inny sposób.  Nikt nie wie, jaki to sposób i kto teraz uratuje ludzkość. Umarł Terry Pratchett, ale wcześniej, dawno temu, odbyła się taka rozmowa:

– Czy kiedy byłeś mały, chciałeś zostać magiem?

(…)

– Chciałem tylko w-w-w-wiedzieć …

– jak działa s-s-s…

– świat?

_______________________________

Terry Pratchett – Równoumagicznienie

gry pozarozumowe

Zbliżam się do końca pierwszego czytania „Finneganów trenu” i wiem już teraz dobrze, że można tę księgę obrócić z powrotem do początku, czytać dalej. Nie zważałam za bardzo na to, co jest pisane na temat tego dzieła, zaglądanie w recenzje raczej mnie nudziło. Lubię ten tekst w wersji polskiej, w języku finnegańskim, ale jest tam jeszcze jedna tajemnicza rzecz śnieniowa, której na razie nie będę nazywać.

Dziś zajrzałam tu, długa recenzja,  z której zaczerpuję ten fragment  >>

(…) „Wake” tłumaczony jest całkiem jednoznacznie. To nazwa zwyczaju narodowego Irlandczyków. Rodzaj stypy przy obecności samego trupa i butelki wódki. Jak mówi irlandzka ballada ludowa o irlandzkim emigrancie w USA, Timie Finneganie zwana „Finnegan’s Wake” (Wake Finnegana), spadł on z drabiny i zgruchotał swą czaszkę, a znajomi przenieśli do domu jego ciało na wake. Przez przypadek ktoś wylał na trupa alkohol, a ten zmartwychwstał i powiedział „Thanum an Dhul, do you thunk I’m dead?” („Do diabła, myśleliście, żem trup?”). Porównanie w książce spadającego z drabiny Finnegana do Humpty Dumpty (uosobione jajo, które spadło z murku i zbiło się z „Alicji po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrola, w polskim tłumaczeniu- Wańka Wstańka) tłumaczy użycie „eg” w słowie „Finnegans”. „Wake” oznacza także zbudzenie się. Słowo, które widnieje na pierwszej stronie właściwego tekstu dzieła to „riverrun”. Pośród wielu tłumaczeń „revenons” (fr. „pomarzmy”, „zaśnijmy”) odpowiada perspektywie snu, śmierci, zmartwychwstania i przebudzenia. Jak powiada Gombrowicz- początek to rzecz najważniejsza w dziele. Od niej można zaczynać dyskurs. Ale jak to jest możliwe tutaj, jeśli tytuł dzieła powstał nie wiadomo kiedy, ale z pewnością w toku jego powstawania, a ostatnie słowa ostatniej strony urywają się, by zacząć na początku? – „A way a lone a last a loved a long the” (str. 628)…”riverrun, past Eve and Adam’s(…)” (str. 3). Problemem jest też brak narracji (z powodu relatywizmu znaczenia słowa i „ja” nadawcy zarazem), niezrozumiałość języka, zbyt wysoki próg percepcji znaczeniowej, niejednolita, uzależniona od panalegorii, akustyki i w ogóle wszystkich czynników odbioru fabuła. Największym, wyrastającym ponad cały paradygmat jednolitego odbioru tego dzieła problemem jest fakt, że za każdorazowym czytaniu „Finnegans Wake”, odbiorca tworzy coraz to nowy nastrój, pogląd i fabułę. Cały odbiór jednego razu zostaje wyprodukowany na nowo, jakby chodziło o zupełnie inną książkę. (…).

[dzieją się gry pozarozumowe i antylogiczne]

(…) Sen podobny do śmierci staje się mistycznym obrazem wszechświata. Słomczyński interpretował to dzieło jako wędrówkę duszy przez wieczność, aż do oczyszczenia i zbawienia. Interpretacja ta wskazuje tu na rozszerzenie pojęcia strumienia świadomości (użytego po raz pierwszy w „Ulissesie”) poprzez nadanie tekstowi oryginalnemu (zapisowi myśli) elementów czyniących zeń wyraźną przestrzeń świata. Elementy te to nadanie słowom nie znaczenia, ale brzmienia i wizualnego charakteru, a fragmentowi nie treści, ale charakteru tworzonego przez nielogiczne zbitki. Świadczy o tym użycie wielu brzmień, zaszyfrowanych znaczeń i postaci w jednym fragmencie, które jednocześnie są tematycznie ze sobą wspólne. Kiedy się to czyta wygląda to bardziej lirycznie. (…)

[prawdziwie o tym, że słowom dodał raczej brzmienia, chociaż nie obchodzi się też bez znaczenia i że nie tyle trzeba mieć za najważniejszą rzecz treść dzieła,  ile jej charakter].

Może przeczytam tę recenzję do końca, coś w niej jest, ale mam swoje własne gry pozarozumowe z tą książką i nie chcę ich niszczyć wiedzą metafinnegańską, stop.

śniarz widun o stypie finnegana

Śni mi się, że jestem Finneganem. Za oknem widzę rusztowania i drabiny. Robotnicy-akrobaci wspinają się po szczeblach i zaglądają w moje okna. Na moje powitania i pytania nie odpowiadają. Nie mówimy tym samym językiem.  Ja śnię; oni też – na jawie. W słynnym arcydziele przedśmiertnym Joyce’a (Finnegan’s Wake), Finnegan, robociarz irlandzki, nosi cegły w cebrzyku na budowanie ściany, spada z drabiny i zabija się. W moim śnieniu na jawie otrzymuję dwa kolejne listy, w których jestem już nieboszczykiem, zmarłym miesiąc temu ,w dniu 4 lipca. Na moje prośby o wyjaśnienie tego snu, nikt nie reaguje. W książce zwłoki F. są wystawione w trumnie jako strawa na pogrzebową stypę, ale on znika zanim żałobnicy zabrali się do uczty. Gdy wybucha awantura, ktoś rozlewa kieliszek whisky w trumnę i F. nagle budzi się i wrzeszczy, aby mu dano łyk okowity. Zebrani goście przekonują go, aby wrócił tam, skąd przyszedł, bo to dla niego lepszy wybór. Innymi słowy, kontynuacja wiecznego snu jest lepsza od powrotu do rzeczywistości.  Z tym mogę się zgodzić, bo każdy śni nie tylko w nocy, ale także w ciągu dnia, w odstępach kilku sekund, lub minut. O tym śnieniu mówimy, że to marzenia, urojenia, zaburzenia dwubiegunowe, halucynacje, okamgnienia, fantazjowanie, bujdy na resorach albo poezja. Anglicy wciągnęli mnie w senne frazy, w których jestem opisany jako “byly Stefan G” (late czyli jakby opóźniony). W pewnym sensie ta niby-fikcyjna, internetowa śmierć jest snem o moim wciąż odkładanym, opóźniającym się odejściu w nieznane rejony wielu rzeczywistości.  Ktoś oblał mnie kroplami “wody życia”- okowity (aqua vitae) i obudził mnie ze snów o innym świecie. Joyce wyjaśniał wiele razy swym wielbicielom i krytykom, że Stypa Finnegana to senne przygody-figlowanie jego Ego, przełożone na język Wieży Babel. 

uroczysko  4.08.13

podtrzymywanie światła, instrukcja

Tyle jest teraz  ciemności, że zmuszają do szukania  sposobów rozświetlających. Myślę o  ciemnych wodach opowieści  i świecących latarniach.

Książka Jeanette Winterson zaczyna się  pięknie i śmiało, czuje się od razu  wody snów, są ciemności i latarnie morskie. Jest latarnia na Przylądku Gniewu, latarnik jest ślepy, w środku latarni, rozświetlającej wielki szmat morza, panuje ciemność. W szufladach ciemność, w kredensie, aby znaleźć puszkę z herbatą Prawdziwie Krzepki Samson, trzeba sięgać w głąb ciemności, na kolację smażą się kiełbaski z ciemnością, (to ten typ ciemności, który ma własny smak), myśli też są tam milczące, i uczą widzieć własną ciemność. Do tej opowieści wciąga, rzecz jasna, ciemność w stanie czystym.

Potem okazuje się, że opowieści są światłem i że Jeanette, opowiadając o odwiecznym połączeniu światła i ciemności, uczy je też opowiadać. Chociaż nie lubię opowiadać, udziela mi się ta ciekawość, co będzie, kiedy opowieść opowie się od początku do końca, bo ta słynna opowiadaczka, ta misterna wysnuwaczka, ta niepohamowana twórczyni podręczników do opowieści twierdzi poza tym, że opowieści nie tylko są światłem, ale je podtrzymują.

Jak to się może odbywać, też jest opisane, jest opowieść o opowieści:

Dawno, dawno temu trafił w te okolice pewien człowiek, któremu zatonął statek, więc uwiązawszy się do rei, przez siedem dni i siedem nocy trwał na morzu i kiedy inni szli na dno, on przy życiu utrzymał się dzięki temu, że jak szalony opowiadał sobie różne historie, w taki sposób, że koniec jednej zlewał się z początkiem drugiej. Siódmego dnia cały zasób opowieści wyczerpał mu się i wtedy zaczął sobie opowiadać o sobie, jakby on sam był jakąś opowieścią, od swych początków, po swe pozieleniałe, głębokie nieszczęście. Wykrztuszał sobie drogę ucieczki z morskiej topieli  i przekazywał sobie historię, której bohaterem był człowiek, który ginął i odnajdywał się na powrót, nie raz, lecz wiele razy. A kiedy zapadła noc, zobaczył światło Przylądka Gniewu, które wprawdzie płonęło zaledwie od tygodnia, a jednak płonęło, i wtedy już wiedział, że jeśli stanie się historią tej latarni morskiej, to być może będzie uratowany. Ostatnim wysiłkiem jął wiosłować rękami w jego stronę, oplatając ramionami reję, i w jego głowie owo światło przeobraziło się w świetlistą linię, która wciągała go na ląd. Schwytał koniec tej liny i obwiązał się nią w pasie: wtedy właśnie wypatrzył go latarnik, który czym prędzej pobiegł po łódź ratunkową.
Później (…) opowiadał każdemu kto chciał słuchać, to wszystko, co opowiadał sam sobie podczas przesiąkniętych morzem dni i nocy. Przyłączali się inni i niebawem odkryto, że każda latarnia morska ma swoją opowieść – ba, że każda latarnia jest opowieścią i że nawet same błyski światła to opowieści rozchodzące się ponad falami, niczym znaki, wskazówki, pocieszenie i przestroga.

Pytaniem jest, czy  można  nauczyć się opowieści za pomocą milczenia.

Opowiedz mi jakąś historię – poprosił Pew.
Książka, ptak, wyspa, chata, małe łóżko, borsuk, początek…

A jeśli czyjeś opowieści cierpią na brak słów? Ona mówi, że nawet w każdej martwej naturze jest jakaś opowieść, historia, która opowiada ci wszystko, co musisz wiedzieć.

Ale ciągła narracja egzystencji to kłamstwo. Nie ma czegoś takiego jak ciągła narracja, zdarzają się chwile rozświetlone, a reszta jest ciemna.

Milcząca i ciemna.

Z tym, że milczenie to tylko etap.

Oto historia: światło nad wodą. Twoja historia. Moja. Jego. Musi być postrzegana jako taka, w którą trzeba uwierzyć. I musi być usłyszana. Osaczona niekończącą się paplaniną narracji, przytłoczona hałasem codzienności, historia czeka, aż jej wysłuchają.
Najlepsze historie obywają się bez słów, twierdzą niektórzy. Ich nie wychowano na latarników. To prawda, że słowa odpadają i że ważne rzeczy są często pozostawione jako nie wypowiedziane. Ważne rzeczy poznaje się z twarzy, z gestów, nie z naszych pozamykanych na klucz języków. Prawdziwe rzeczy są zbyt duże albo zbyt małe, ewentualnie swym rozmiarem nie wpasowują się do wzorca zwanego językiem.
Ja to wiem. Ale wiem też coś jeszcze, bo wychowano mnie tak, abym umiała podtrzymywać światło. Wystarczy przyciszyć codzienny hałas i zrazu czuje się ulgę milczenia. A potem, bardzo cicho, tak cicho jak światło, powraca znaczenie. Słowa to element milczenia, które da się powiedzieć.

Są w tej opowieści o opowieściach, które są światłem, ćwiczenia do  spróbowania przez każdego, ćwiczenia imaginacyjne, ćwiczenie czynią mistrzów:

(…)  pozwalałam, by mój umysł błąkał się, gdzie mu się podoba. Wypływałam moją niebieską łódką na morze i zbierałam opowieści niczym kawałki drewna wyrzucone przez fale. Za każdym razem, gdy coś znalazłam – skrzynię, mewę, list w butelce, zdechłego rekina pływającego do góry brzucehm, podziobanego i wypatroszonego, parę spodni, pudło sardynek w puszce, Pew domagał się opowieści i wtedy musiałam jej szukać, albo ją wymyślać, gdy tak razem przeczekiwaliśmy gruchotane przez morze noce wypełnione zimowymi szkwałami.
Skrzynia! Tratwa dla pigmeja żeglującego do Ameryki.
Mewa! Księżniczka uwięziona w ciele ptaka.
List w butelce. Moja przyszłość.
Spodnie. Własność mojego ojca.
Sardynki w puszce. Zjedliśmy je.
Rekin. A w nim zmętniała od krwi złota moneta. Omen czegoś niespodziewanego. Zakopany skarb zawsze gdzieś tam jest.

Przed posłaniem mnie do łóżka Pew dawał mi zapałkę, żebym miała czym zapalić świeczkę. W maleńkim owalu płomyka zapałki prosił, żebym mu mówiła, co widzę – twarz chłopca, konia albo statek i kiedy zapałka się dopalała, opowieść parzyła mnie w palce i znikała. Te opowieści nigdy nie miały zakończenia, zawsze zaczynały się od nowa – od twarzy chłopca, od stu żywotów, od konia, latającego albo zaczarowanego, od statku żeglującego na krańce świata.
A potem usiłowałam spać i śnić o samej sobie, ale z odczytaniem listu z butelki szło opornie.

Przyjęło się uważać, że każda opowieść ma początek, rozwinięcie i zakończenie:

Początek, środek, koniec: tak się prawidłowo opowiada historie. Ja jednak nie bardzo sobie radzę z tą metodą. mówi Jeanette Winterson.
Właściwie to mogłabym już wybrać rok swoich narodzin – 1959. Ewentualnie rok powstania latarni morskiej na Przylądku Gniewu i narodzin Babla Darka – 1828. Do wyboru byłby jeszcze ten rok, kiedy Josiah Dark po raz pierwszy przyjechał do Salts – 1802. Albo ten rok, kiedy Josiah Dark posyłał broń na wyspę Lundy – 1789.
A co z tym rokiem, kiedy zamieszkałam w latarni morskiej, czyli 1969, który był także rokiem lądowania Apollo na Księżycu?


Opowieści. Musisz nauczyć się opowieści. Tych, które ja znam i tych, których nie znam.

Jak mogę się nauczyć tych, których nie znasz?

Sama je sobie opowiadaj.

______________________________

Jeanette Winterson – Podtrzymywanie światła

przebudzenie na chwilę

Chciałabym napisać o tym, że śnienie jest o wiele łatwiejsze niż budzenie się, to wiadomo, ale świadomość, że to śnienie, jest bardzo budząca. Myślę to na tle książki  o wolnych ciut ludziach, z której wynika, że naturalnym stanem życia na Ziemi jest jednak śnienie, idziemy przez życie jak lunatycy, bo jak moglibyśmy żyć, gdybyśmy zawsze byli tak przebudzeni.

Przedtem jest opis przebudzonej osoby, mocna rzecz, ona mówi, że dostała coś na chwilę, a ceną jest, że musi to zwrócić.

Żaden człowiek nie mógłby tak żyć. Można cały dzień patrzeć na kwiat, żeby zobaczyć, jaki jest piękny, ale krowy się od tego nie wydoją. Nic dziwnego, że śnimy całą naszą drogę przez życie.  Obudzić się, widzieć wszystko takie, jakie jest naprawdę… nikt nie wytrzymałby tego długo.

Może to prawda, bo nie spotyka się wielu Przebudzonych, chyba nawet nikogo takiego nie spotkałam.  Ale myślę, że Przebudzeni są w stanie doić krowy, zatrzymywać świat i robić inne pożyteczne rzeczy, a może jedno przechodzi w drugie i za miliony lat będzie odwrotny problem, może częściej.

_____________________________________________

Terry Pratchett – Wolni Ciut Ludzie