zimna góra (garry’emu snyderowi)

ostrożnie z tym twoim
wierszem – jak widzisz
połyka on słowa
i przerabia w nic
a co będzie jak zacznie
zjadać swoje?

ten dzień spędzony u ciebie
na słomianych matach
z imbrykiem i poezją
już dawno wypity
i wysikany

nie dało się pochwycić
twego skoku
którym znalazłeś się
nagle w bliskości
obłoków i śnieżnych szczytów
sześć tysięcy stóp nad
tym co jest pod

nie dało się uchwycić
czyichś myśli
czyimiś myślami
którymi się nie jest
w bliskości świętych
sześć tysięcy oddechów nad
tym co jest

________________________

Piotr Ornoch – Łaska cynamonu

[ta książka jest jeszcze możliwa do kupienia w Instytucie Marpy, kto chce, może zostawić w komentarzu wiadomość i adres mailowy, otrzyma dokładne dane]

Reklamy

dokąd odchodzą poeci i dlaczego

chciałam przypomnieć sobie śpiącą, śniącą kobietę i pyłek wierzbowy, który po przyśnieniu wnika do środka… ale to było już za dawno, za daleko…

przeczytałam co innego, przeczytałam wiersz, który pojawił się w tym właśnie miejscu:

dokąd odchodzą poeci po swych ostatnich kropkach?
tułają się po swych ogrodach wiecznej pamięci?
wzlatują w te z dawna wyśnione dziedziny?
spotykają swych mistrzów przy zadymionych niebiańskich dysputach?
co do mnie myślę że raczej wyrychtowano im
specjalny czyściec dedykowany…
tam
pierze się ich z marzeń i wyskrobuje z metafor
przycina się peryfrazy i wygładza hiperbole
przeciera paradoksy i przyczesuje epitety

tak ślicznie i starannie oporządzeni
mogą już wracać do ludzi…

_____________________

Piotr Ornoch – Łaska cynamonu

w kwestii realności

czytanie na poranek, pierwszy zwykły poranek tego roku:

pewien mesjasz w krainie snów
głosi prawdę zjawom
o ich iluzyjnej naturze
a one śmieją się z niego
dręcząc go okrutnie –
guzik warte twoje nauki
pozostaniesz w tym piekle
tak długo aż sam zrozumiesz!
o tym mesjaszu śni co noc
[skazując go na męki aż do
porannych wyzwoleń]
pani co sprzedaje ciastka
spieszącym rano z wukadki
ale nie wie nawet tego
jak jej zbawiciel ma na imię

dwa owsiane na wagę
złoty osiemdziesiąt

___________________________

Piotr Ornoch – Łaska cynamonu

więcej: dokąd odchodzą poeci i dlaczego >>

zimna góra (garry’emu snyderowi) >>

światło jest trudne

światło jest trudne: bez lampy bez słońca bez gwiazd

ale jestem ja – błysnął świetlik ratując lampy słońce i gwiazdy

zajaśniała pierwsza litera Pisma

stał się cień więc zginęła samotność

___________________________________
Tymoteusz Karpowicz – Słoje zadrzewne [wykład pindara nad brzegiem mare tenebrarum]

nasze sny podobne

Taki traf,  zobaczyłam ten sen podobny, mój teraz, a ten w zeszłorocznym tomiku wierszy, jakby decydował głos spoza kadru:

Wojciech Kass: Z dziennika snów
——————————————–
Przyśniło mi się sprawdzanie obecności w klasie:
Janek Bober, Iwona Bobrowicz, Zdzisław Dyszkant
Grzywacz, Kass, do końca listy
po ostatnią ławkę
każdy z nas odpowiadał: Jestem!
A kogo nie ma?
– Wszystkich – usłyszałem
i nie był to głos żadnego z nas.

[wiersz z tomu „Ba!”, Sopot 2014]

żeby wrócić

nie wiadomo, czy to się jeszcze raz uda
ale to tylko notatnik
nic mu się nie stanie, cokolwiek się stanie

widzę, że zmieniły się różne szczegóły techniczne
i że codziennie, naprawdę codziennie,
przez dwa puste miesiące przychodzili tu ludzie

dziękuję

w tej właśnie chwili pojawił się wiersz w blogu, którego czytania
nie opuściłam w czasie niepisania ani razu,
pisał się także dla mnie:

Mogłabym określać czas, gdyby nie chmury, poranne tęcze.
Leniwe koty uchodzą z życiem, psy z drobnymi śladami krwi
liżą rany. W tym samym miejscu, z którego nie mam odwagi
odejść. Żeby wrócić.

@ Małgorzata Południak >>

prawie noc

poranki przemieniły się w wieczory czytania, a tym razem czytanie mówi nawet, że to noc, prawie noc, prawdziwie noc, przejmuję się tym. zostawiam i wracam.

PRAWDZIWIE NOC

Jeśli taka jest wola Twoja, Panie, niech nikt mnie nie zatrzyma.
Będę niósł światu treść, która jest w stanie zjednać sobie wszystko,
cokolwiek tylko stworzyliśmy w omyłce. Będę mówił mową,
która przemienia mnie na stałe. Mówił w gwarze oper Icchaka
Kaduriego i w zgiełku szant samego Reutera. Mówił, nie zważając
na dźwięki car puszki ani car bomby. Jeśli tylko zechcesz,
nie pozwoli się, Panie. Nie pozwoli przeniknąć. Zbłąkane.
Patroszącemu. Prawdziwie noc. W niej cóż mniejszego
niż ja i moje losy, które miałem odwrócić, idące na śmierć?

__________________________

Karol Samsel – Prawdziwie noc

chwila w bocznej nawie

Ta księga jest równie potężna jak „Finneganów tren”, autor pisze na 814 stronie, że dzieło poetyckie, jako struktura otwarta, powinno być wciąż na nowo otwierane, lecz nigdy nie może być zamykane. I że po kilku latach obcowania z dziełem Tymoteusza Karpowicza wciąż zna się tylko prowadzące do niego ścieżki (…).

Wczoraj weszłam przez ogródek i nie wiem, czy będą z tego nowe #poranki, czy nie. Bardzo wielka księga. Bardzo mały druk. Zamiana miejsca na czas. Sny. Chwila w bocznej nawie. Kłopoty z tęczą. Ciekawe, co się z tym dla mnie stanie.

014

006

_________________________________________

Władysław Włoch – Aby lepsze wyśpiewać z nielepiej…

(nad „Słojami zadrzewnymi” Tymoteusza Karpowicza)