święto rodzinne na skalę światową

Były święta rodzinne, będzie święto światowe. Przeczytałam książkę sprzed czterdziestu lat:

Introwertyczny bohater „Święta rodzinnego” myśli w latach 70 XX wieku, że broń bakteriologiczna nie jest właściwie możliwa na większą skalę, nie mieści mu się to w głowie, podobnie jak innym ludziom wtedy. Myśli ma ciekawe i piękne, ale życie zniszczone przez to niedowiarstwo. Teraz nikt by nie miał wątpliwości. Czas poszedł naprzód. Sprawdzam, co się tam wtedy myślało.

Myśli o ptakach przelotnych i ich darze orientacji:
Zrobiono próby zamykania ich w wielkich kopułach, gdzie na suficie rzucano projektorem obrazy konstelacji.
Ptaki orientowały się według konstelacji.
O porcelanowym świetle, gdy odsłania  się zasłony:
Dzień nie był szczególnie piękny. Światło, wciskające się przez zasłony było białe. Było to porcelanowe światło. Wyglądało tak, jakby było przefiltrowane przez cienką porcelanę. Uderzyła mnie myśl, że filtrów porcelanowych używa się do określenia wielkości pewnych wirusów.

O fantazjowaniu:
Mam skłonność do fantazjowania. (…) Kiedy się nudzę, ale nie tylko wtedy, kiedy mi się nudzi, także w trakcie najintensywniejszej pracy umysłowej, przenoszę się myślami gdzieś daleko.
Zabawiam się wywoływaniem tych snów na jawie w możliwie najdokładniejszych szczegółach. Zdaje mi się, że jest to nawyk z ławy szkolnej. Nawyk bardzo piękny. Daje on uczucie wolności, choć naturalnie jest to wolność bardzo nierzeczywista.

O innych światłach:
Wewnątrz dom świeciło się. Żółte światło kontrastowało dziwnie z zimnym, jednostajnym światłem letniego wieczoru. Żółte, ciepłe światło elektryczne z wnętrza domu odsłoniło, jak wiele niebieskich tonów było w świetle wieczornym tu na dworze, gdzie nad drogą zwisały gałęzie krzaków.

Życie bohatera książki niszczy sprawa tajemniczego bunkra wokół którego krąży nagła, śmiertelna choroba, najpierw zwierząt, potem ludzi. Zostaje dyrektorem tajnego urzędu ochrony środowiska, ale wplątany w rządowe „racjonalne” układy, nie potrafi opowiedzieć się po stronie  „nieracjonalności”, która pozwoliłaby uwierzyć, że naprawdę produkuje się tam broń bakteriologiczną. Dla wszystkich, prócz jednego profesora, mającego odwagę naprawdę być fantastą, przyjęcie tego za prawdę jest niemożliwe, są to lata siedemdziesiąte i nie dociera chyba jeszcze do ludzi, że ziemia jest kulą, ograniczoną przestrzenią, która niszczeje pod wpływem ludzkich działań i że trzeba chronić środowisko przed człowiekiem.
Lars Troang jest człowiekiem o dużej wrażliwości i może dlatego taka złowieszcza myśl nie przychodzi mu do głowy. Czuje jednak strach, czuje wokół tej kwestii koncentryczne koła różnych zatajeń i byle jakich kłamstw, w które wszyscy uwierzą, bo prawda jest zbyt nieprawdopodobna jak na tamte czasy.
Dziś takie rzeczy  nie są fantazjami i można złapać się za głowę, jak daleko i jak szybko świat posunął się w realizacji fantastycznych planów niszczenia.
Ludzie są wtedy jeszcze ufni, Lars Troang słyszy jednak gdzieś w głębi głowy ponury marsz z „Symphonie Phantastique” Hectora Berlioza, którego słuchał w młodości, w czasach gramofonów o kaktusowych igłach, które pękały przy każdym fortissimo i które trzeba było szlifować ręcznie delikatnym papierem ściernym (…).
Jest ofiarą tych niszczących planów, których nie rozumie. Jego życie zostaje zniszczone, czuje to tym wyraźniej, że odbywa się święto rodzinne, ludzie nie myślą o żadnych strasznych rzeczach.

________________________________

 Lars Gustafsson – Święto rodzinne

[właśnie jest informacja, że nastąpił wybuch  bomby na dworcu w Wołgogradzie, są ofiary w ludziach >>]

czerwone wschodnie lustro

Widzę pierwsze czerwonozłote pasmo jesieni na wschodzie, tuż przed jesienią.

Czerwone wschodnie lustro.

Jest dość cicho w sobotę o godz. 7.29.  Tomas Transtromer miał sen, że narysował klawisze fortepianu na kuchennym stole. Grał, a sąsiedzi przyszli posłuchać.

Transtromer pisał też haiku, ale nie będę tego pamiętać, chociaż – dwie ważki, dęby i księżyc, chmura przepływająca przez tarczę słońca…

Na okładce książki Józef Baran pisze coś, co wydaje mi się zrozumiałe, że naprawdę tak jest z wierszami:

Kiedy czytam wiersze wybitnych poetów polskich: Szymborskiej, Herberta, Różewicza, mam głębokie przeświadczenie, że obrysowane są świadomym zamysłem. Wiersz jest obmyślany, zanim jeszcze powstał. Myśl, zamierzenia intelektualne.. czy jak to inaczej nazwać, żeby wskazać „ratio” w akcie tworzenia – zdają się obramowywać przestrzeń liryczną.

Tak jest, zauważam to, wysoko ceni się „świadomy zamysł”, ale myślę, że nie z tego jesteśmy ani to, co robimy.

Natomiast u Tomasa Transtromera wiersz bywa często zanurzony w ciemności, nie obramowany sferą „wiem”, otwierający się tylko na intuicję czytelnika niczym błyskawica, która przez moment rozświetla utajoną sieć połączeń między rzeczami, sensami, zdarzeniami… i nie wiadomo, czy te połączenia istnieją, czy śniły się.

Nazywam to śnieniem, liniami snów, one istnieją.

Wszak wtrąceni jesteśmy w ciemności wielkiego NIE WIEM i tylko od wielkiego dzwonu doświadczamy błogosławieństwa epifanii, epifanii cząstkowych, nie całościowych.

On zaczyna od ciemności  „nie wiem”, a wiersze, jak widzę, należą do jasnych, bo taka jest kolejność rzeczy.

Taoistyczna maksyma brzmi: jeśli chcesz do czegoś dojść, zacznij od jego przeciwieństwa.

___________________________________

Tomas Transtromer – Gondola żałobna