Wielkie góry otaczają dolinę, góry bardzo wysokie i ciężkie, ale bez strasznych stromizn i nagich skał, porośnięte w niektórych miejscach mchem, niską trawą, zielskiem, góry o wyglądzie trochę pirenejskim, patrzę z jednej strony doliny na drugą. Nie wiem, kto stoi obok mnie. Domyślam się, że może nie ma już innych ludzi na świecie, jednak patrzę w tę pustkę, wypatruję. Widzę życie roślinne, piękne, żadnych zwierząt, żadnego ruchu, nawet wiatru, wszystko jest żywe, ale nieme. Stoję w białym kombinezonie księżycowym, także  ten ktoś obok mnie ma taki kombinezon, całkowicie szczelny, patrzymy przez szybki prostokątnych hełmów. Szukamy czegoś w tym krajobrazie, czasem nawet szukamy sami siebie, gdy schodzimy trochę niżej, między badyle i dziwne, wysokie trawy, gubimy się w nich i znajdujemy. W pewnej chwili widzę dno doliny. Bardzo nisko, bardzo daleko, płaski kawałek ziemi zupełnie czarnej, jakby pokrytej żużlem, stoi tam kałuża wody.  Nagle widzę zbliżające się do tej wody dwie postacie w białych kombinezonach: w tej samej chwili, kiedy cieszę się, że jednak są jeszcze jacyś ludzie na świecie rozumiem, że woda w kałuży jest zatruta, oni idą do tej wody, możliwe, że innej wody nie ma, wiem, że z takiej odległości nie usłyszą ostrzeżenia, nie podnoszą głów, nie zobaczą nas, biegniemy.

http://www.taraka.pl/dolina_z_zatruta_woda

To tutaj jest wszystko, co jest:

Wielka sala z ławkami, prostymi sprzętami, bez ścianek działowych. To ogromne pomieszczenie ciągnie się bez końca. Ludzie przechadzają się monotonnie  jak w poczekalni, tereny tego wnętrza są tak rozległe, jakby w ogóle nie było zewnętrzności.  Tutaj jest wszystko, co jest. Nic więcej nie ma. Tu i teraz. Nie wiadomo, czy to podziemia, raczej nie, bo jest jasno jakby od dziennego światła. Ludzie zachowują się jak w tymczasowym schronieniu, nie rozmawiają ze sobą mijając się, nie patrzą na siebie, może nawet siebie nie zauważają. Gdzieniegdzie stoją prycze. Mijam i mijam ciągle te same widoki. Zaczynam myśleć, że całe naziemne miasta przemieniły się w takie schrony, że cała Ziemia jest tą jedną budowlą, można się tu skryć, ale nie ma jak i gdzie stąd wyjść, nic poza tym nie ma.

Drugi sen z tej serii, którą mam za przewidującą:

Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy są teraz doradcami, dużo mówią,  zaproszeni do klasy licealnej w mojej starej szkole, z ich porad ma wynikać obraz rozwoju sytuacji, wydaje mi się, że rozumiem,  jakie miejsca uznali za odpowiednie, abym mogła się tam ukryć, leżę w łóżku i patrzę w sufit, może zaraz wstanę, ale jeszcze nie wiem, jaki sens miałby ten wysiłek, jestem ubrana w straszny niebieski tiszert do kolan, z wykruszającym się nadrukiem o zawodach sportowych w Pittsburgu, Pensylwania, w zimie 1979 roku. Tutaj była to zima stulecia, doradcy mówią to do całej klasy, może nawet do większej grupy ludzi,  przewidują i tłumaczą, to zwyczajny wykład, a gdy się kończy, jest lato. Wsiadamy do tramwaju starego typu, jakie jeździły za czasów prezydentury Kwaśniewskiego,  tramwaj jest raczej pusty, widzę, że poprzedzają go inne tramwaje, cały sznur  starych tramwajów zatrzymuje się w końcu, domyślamy się awarii, wysiadamy koło dworca Ochota, aby się rozejrzeć. Lato, dużo słońca, ulica prawie pusta, dobra widoczność, z daleka widzimy następny nadjeżdżający tramwaj, ale ten jest nowy, zbliża się, z daleka ciska ostrym, białym światłem, wskakujemy do naszego wagonu, bo zaraz cała kawalkada ruszy, nowy tramwaj jest szybki, wiem o tym.

Zaczęło się takie śnienie i od tygodnia obserwuję kolejne odsłony. Jakby pająk tkał swoją sieć. Niektórzy wychodzą z takich historii cało, inni czekają, aż śnienie zmaterializuje się w jawie, postanowiłam zanotować ten proces i trochę rozumieć, co się dzieje:

Stara szkoła jest likwidowana, prawie wszystko wyniesione, zostały zdewastowane regały i skrzynie, plastikowe poszarpane płachty, widzę to przez mrok panujący w budynku, w którym nie ma już wewnętrznych ścian, blade światło wpada przez szczeliny w zrujnowanych deskach ścian zewnętrznych. Budynek ruderalny w najwyższym stopniu. Bardzo wysoki, z desek czarno-szarych, musiał tu stać od stuleci. Jest ekipa półwidzialnych w mroku sprzątaczy porozumiewająca się językiem grubiańskim , wykrzykująca obelgi o bibliotekarzach, wtrącam się, dla nich niewidzialna, że tak nie należy mówić o ludziach ani do ludzi, nigdy, przenigdy, dodaję, że jednej z bibliotekarek umarł syn, powtarzam: syn! Łapię jedną ze sprzątaczek za ramię i czuję jak drży, boi się, jej skóra pokrywa się zimnym potem. Przestaję mówić, ekipa likwidująca nadal pakuje i wynosi resztki rzeczy, gdyby nie półmrok, widziałabym dokładniej straszliwe zniszczenie, brak podłóg, połamane szczątki, piach i okruchy kamieni pod nogami. Jeszcze raz chcę powstrzymać to, co się dzieje, z kimś próbuję rozmawiać, mam wrażenie, że oni boją się czegoś nie mniej niż ja. Kiedy już budynek dawnej szkoły wygląda jak stara stodoła, która za chwilę się zawali, ktoś z tych ludzi mówi zdanie przedziwne w swojej zwyczajności: „ a jednak będą gotowane jajka na kolację”.

http://www.taraka.pl/likwidacja

Czasami śnienie świata i ten blog, w którym od czasu do czasu dawałam o nim znać, przypominają mi, że nie obejdzie się w moim pisaniu bez śnienia, tak jak nie ma bez śnienia ani chwili w świecie. Początkowo pisałam go sama dla siebie, żeby schować tu coś do zapamiętania. Zostawię to tak, bez wyjaśnień. Po prostu coś tu jest i ja to nazywam śnieniem świata. Widzę, że na stronę fejsbukową tego bloga wciąż ktoś nowy przychodzi, dziękuję bardzo, może dlatego czasem tu zaglądam i wciąż próbuję pisać, nie pisząc prawie wcale :)

Dziś przypomniała mi się psychomagia, czytana dawno temu  i teraz, po naczytaniu się Junga, przedziwnej nauce widzeń, odkryciu sztuki śnienia podobnej do opisanej przez Castanedę, po odkryciu imagineskopii i paru innych sposobów na coś więcej niż aktywna wyobraźnia,  sprawdzam, co zostawiłam tu o Jodorowskym, który jest jak ryczący lew i domaga się uwagi dla nieświadomości rzeczywistości,  nie naszej jednostkowej rzeczywistości, ale tej większej, która jest. Pogryzmoliłam wtedy książkę zaznaczaniem,  ale tutaj w wypiskach przechowała się tylko notatka ze strony wydawnictwa Okultura:

O „Psychomagii” i Jodorowskym stamtad:

„Nauczam ludzi wyobraźni. Przez większą część życia nie zdajemy sobie sprawy z tego, czym może być wyobraźnia, nie jesteśmy nawet w stanie pojąć, jaki może być jej zasięg. Ponieważ, oprócz wyobraźni intelektualnej, istnieje też wyobraźnia zmysłów, wyobraźnia seksualna, wyobraźnia cielesna, wyobraźnia ekonomiczna, wyobraźnia mistyczna, wyobraźnia naukowa… Wyobraźnia obejmuje każdy teren, nawet ten, które nazywamy „racjonalnym”. Jest wszędzie. W związku z tym powinno rozwijać się ją tak, by móc rozpatrywać rzeczywistość nie tylko z jednej perspektywy, ale z wielu punktów widzenia. Zazwyczaj wizualizujemy wszystko zgodnie z wąskim paradygmatem naszych wierzeń i uwarunkowań. Z rzeczywistości, tajemniczej i tak rozległej jak nieprzewidywalnej, odbieramy tylko to, co zostanie przefiltrowane przez nasz małostkowy punkt odniesienia. Aktywna wyobraźnia jest kluczem do wyższej wizji, pozwala spojrzeć na rzeczywistość z innych punktów widzenia, nie naszych; pozwala myśleć i odczuwać zgodnie z różnymi punktami odniesienia. Tym właśnie jest prawdziwa wolność: zdolnością do wychodzenia poza samego siebie, przekraczania granic naszego małego indywidualnego świata i otwierania się na wszechświat. Zależy mi na tym, by czytelnicy tej książki docenili terapeutyczną moc wyobraźni. Psychomagia stanowi tylko zastosowanie tej realnej siły.”

„Psychomagia to lektura obowiązkowa dla każdego, kto pragnie wstrząsnąć światem po to, by się przebudził i przypomniał sobie, jakim zawsze był i jakim być może.”

– Daniel Pinchbeck, autor Przełamując umysł
Alejandro Jodorowsky (ur. 1929) – chilijski artysta-surrealista, reżyser teatralny i filmowy (Kret, Święta góra, Święta krew), pisarz i autor komiksów; współzałożyciel (obok Arrabala i Topora) „Ruchu Panicznego”; twórca psychomagii – systemu samorozwoju z pogranicza psychoterapii i szamanizmu; autor bestsellerowych powieści oraz książek poświęconych duchowości.

w dniu tak uroczystym

Posted: 8 października, 2018 in literówki
Tagi: ,

widzę to, 400 polubień śnienia świata, które ciągle trwa i  jest blog, który wciąż je w sobie chowa, chroni, chomikuje, dziękuję bardzo lubiącym, zbudowałam z tej okazji kamienną budowlę, co tam w środku może być, wie pierwszy napotkany kamień, one wszystkie mają wspólną duszę, każdy żyje co najmniej sto lat, tylko człowiek boi się śnienia, bo wciąga ono niektórych w swoje zakulisowe korytarze, w przestrzenie, o jakich nigdy dotąd mu się nie śniło, dopiero potem je opisuje, z tego jest literatura.

teraz bardzo proszę przypadkiem śnienia nie odlubić, okrągła liczba je zachwyca :)

Życie w otoczeniu nazbyt jasnych przedmiotów nie sprzyja na ogół dobremu samopoczuciu. Na Zachodzie ludzie posługują się sztućcami i naczyniami ze srebra, stali, cyny i czyszczą je do połysku. Nas to świecenie razi. Jeśli nawet zdarza się nam używać srebrnych czajniczków, czarek lub karafek do podgrzewania i podawania sake, nie czyścimy ich. Przeciwnie, doznajemy przyjemności dopiero na widok przedmiotu, który z czasem traci połysk i pokrywa się warstwą ciemnej, okopconej patyny.
(…)
Jeśli prawdę powiada aforyzm, że „piękne jest zimne”, to mamy także prawo określić piękne jako przybrudzone.
(…)
Uwielbiamy rzeczy naznaczone piętnem ludzkiego brudu, osmolone sadzą, plamy będące wynikiem działania czynników przyrody. Lubimy koloryt i połysk śladów przywołujących na myśl dawne zdarzenia, których są pamiątką. Przebywanie w wiekowych domostwach, pośród starych sprzętów w zadziwiający sposób przynosi nam spokój i koi nasze nerwy.

______________________________________

Jun’ichiro Tanizaki – Pochwała cienia

o skręcaniu wiersza

Posted: 18 września, 2018 in literatura polska, literówki
Tagi: ,

„Tajny dziennik” Białoszewskiego dwa lata temu wydawał mi się mało białoszewski, teraz znowu bardzo, jakby zmieniły się zdaniowatości, chyba przecież moje, bo w „Tajnym dzienniku” raczej zdań nie przybyło ani nie ubyło.

Białoszewski wiedział, że chodzi o wiersz, a nie o niego samego w wierszu; trochę podobnie nauczał Budda, aby mówić tylko to, co konieczne, prawdziwe i  życzliwe, a jeśli nie Budda, to pewna znana mi osoba.

Wypisek o skręcaniu wiersza:

Moje ostatnie wiersze.
Chodzi o to, żeby miały luz, nie zapychały odbiorcy – ale żeby były ścisłe w siatce konieczności.
Żeby nie przenosić sytuacji w co innego, w coś wtórnego. Ani nie robić rusztowań z obcych przedmiotów, niewchodzących w grę bezpośrednio (chyba że coś ważnego z przypomnienia na tę okoliczność). Więc gospodarować zastanym (przy mnie i we mnie), bo i nie dodawać nic do swojego stanu.
Starać się schwytać w tej kolejności i na gorąco.

Napięcia (powód wiersza).
Ja – sytuacja.
Przestawianie, „ulepszanie” (przechytrzanie) mści się.
Jednak trzeba wydłubywać niepotrzebnostki, wiązania niekonieczne, zdaniowatości, które zwalniają tempo.
Ma być często jeden skręt (jedno skręcenie, jak bielizny w wyżęciu).
Zauważyłem, że kiedy mi nie rośnie wiersz, a tylko kolejność i już tracę pewność, czy był powód – bo nieraz wystarczy jeden większy element, nieraz kilka elementów prowadzących do zadziałania razem na końcu – kiedy więc w tym ciągu dalszym, końcowym nagle zjawi się coś wizyjniejszego i ja staram się tym skręcić ostatecznie wiersz, ukręcić, a nie wiem ostatecznie co, jak, nagle okręca mi się to słowami w dużą sprężynę, monumentalnieje. A więc złapałem to konieczne. Albo wypuściłem, bo dostałem skrzydeł.

____________________________

Miron Białoszewski – Tajny dziennik

nie ma sensu czytać tyle, mówi Białoszewski >>

Było to w czasie, kiedy malowałam sny kredkami bambino, malowanie jest dla mnie za trudne, przeszłam na szkice, mapy snów, przy okazji odkryłam na nowo jak powstają wizje.  W jakiś czas potem czytałam „Wizje”Junga i natknęłam się na opis dokładny, nawiasem mówiąc sądzę, że wszystkie dzieci to wiedzą, ale dorośli zapominają w okamgnieniu i myślą, że się zwariowało.
Jung opowiedział swoją historię o tym, jak uruchamiają się wizje. Sen pamiętany jest jak kadr z filmu, jak pocztówka od nieświadomości: raczej nieruchomo. Można go rozwijać na jawie, od miejsca, gdzie zauważymy czy zapamiętamy ruch, ruch jest energią i prowadzi, wizje są ruchome.

Chciałbym wam tu opowiedzieć o własnym przeżyciu z czasu, gdy byłem małym chłopcem, jeszcze nie chodziłem do szkoły. Co tydzień w niedzielę spędzałem ranek u starej ciotki, która miała staromodny salon z cudownymi miedziorytami. Zawsze spoglądałem na nie z ogromnym zainteresowaniem. Jeden przedstawiał wiejską plebanię: z budynku probostwa wychodził pastor w sutannie – najwyraźniej udawał się do kościoła; właśnie zatrzasnął drzwi, schodził po schodach na drogę. Przypatrywałem się mu z wielką uwagą, ponieważ był to taki interesujący staruszek. Pewnego razu stwierdziłem, że naprawdę porusza się, że schodzi po schodach. Zawołałem do ciotki: „On idzie!”. Ciotka stwierdziła rzecz jasna, że to niemożliwe. „Ale ja widzę, jak on idzie, on z pewnością schodzi po stopniach!”. Po owym incydencie co tydzień w niedzielę miałem frajdę patrząc, jak staruszek schodzi po schodach. Jeśli dostatecznie długo będziecie się wpatrywali w obraz, przekonacie się, że on ożywa. Jeśli nie zacznie żyć, to oznacza to, że popełniliście jakiś błąd, że niedostatecznie przenieśliscie sie w obraz. Z tego względu Starożytni byli przekonani, że posąg boga coś mówi czy porusza głową, mimo że był to bożek wyryty w kamieniu. Ludzie płacili ciężkie pieniądze, by móc wspiąć się po drabinie i szepnąć bogu do ucha coś, co leżało im na sercu, byli bowiem przekonani, że bóg usłyszy i udzieli odpowiedzi, czy że w każdym razie ruszy głową. Znamy niezliczenie wiele historii o tym, jak obraz czy posąg odpowiedział swemu wyznawcy.

______________________________
C.G. Jung – Wizje t.1 str 167