Ida, drzewa czterech kierunków, te same do dziś

Oglądałam film „Ida”. Bardzo cichy, czarnobiały film. Tam, gdzie kopią dół, w którym są szkielety pomordowanych, stoi las jak uroczyści żałobnicy. Drzewne obecności zwrócone w tę stronę, patrzą. Ludzi nie ma. Pola z mgłą. Kapliczki. Śniegi. Lata sześćdziesiąte XX wieku. Jeden samochód na całej drodze. Wszystko inne już o tym filmie powiedziano, ale o drzewach, które są świadkami i wszystko zakarbowują sobie na skórach, mówię sobie sama. Drzewa wschodu, południa, zachodu, północy. Drzewa czterech kierunków. Te same stoją do dziś.

Wszystkie znajdujące się w tej opowieści rzeczy, krajobrazy, zrujnowane mury tworzą wzór tamtych czasów. Niewiele rozmów, piosenki  typu”O Jimmy Joe” i „Rudy rydz”, ludzie pokazywani w osobach, a nie w tłumach, bo wszystko musi się zdarzyć w każdym osobno, aby  naprawdę było. Potem trzeba z tym żyć.

taniec rzeczywistości

Wszędzie jestem tylko przez chwilę. Jedna chwila jest dłuższa, druga krótsza.  Ludzie znikają, umierają, zmieniają się, zamykam blogi, otwieram inne, aby czytać w odosobnieniu seminaria Junga. O śnieniu i nieświadomości w tych latach nauczyłam się dużo.  To, co wiem, wciąż jest inne. Rozpadają się moje światy prywatne, zmienia się do niepoznaki to, co  było  światem jako częścią wszechświata i terenów ludzkich, a śnienie ciągnie się coraz dalej.

W „Tańcu rzeczywistości” Alejandro Jodorowsky’ego, tego od filmów powstałych z wyobraźni, jaką ma tylko sen, z jej okrutnością, świętością i pięknem,  znajduję teraz wyjątkowo dokładne odbicie tego, co naprawdę jest.

Czytam, są zdania do pamiętania. Jodorowsky wszystko wypróbowuje na sobie, pisze, jak przechodził przez swój czas, teraz ma 85 lat, „Fando y Lis”, to sam początek,  chyba ten film właśnie zobaczyłam jako pierwszy, i to jest coś takiego, że albo wpuszcza dalej, albo nie: