Posts Tagged ‘linie snów’

Spotkało mnie dziwne, nieduże zrządzenie i biorę to za znak, chociaż nie wiem dokładnie jaki, bo znaki co prawda są drogowskazami, ale przecież nie drogą. Najbardziej przemawia do mnie droga okruchów z bajki, chociaż te okruchy w jakiejś wersji były zjadane przez ptaki i zostawał do obejścia cały las. Okruchy snów nie są jednak zjadane. W ostatnich snach sprzątanie, pusty dom, na podłodze resztki sznurków i paprochy, a dziś kurs ciągłości snów, zauważania drobnych wydarzeń i wklejania tych wydarzeń do białych albumów o twardych kartkach, aby łatwiej było widzieć, jak uchwytny jest to proces i jak nieprzerwany. Do tego ulubiona posadzka snów, yin i yang, w biało-czarną szachownicę. Dopiero teraz przypomniałam sobie ten sen, kiedy przez dwie godziny robiłam w jawie coś na rzecz ciągłości.

[markiza zawsze wychodzi o piątej]

Reklamy

flashmob dla widuna

Posted: Sierpień 26, 2018 in literówki
Tagi: , ,

na urodziny, które będę obchodzić zawsze

lubił, kiedy ludzie tańczą na ulicach

jest tu mała filia jego bloga
https://opisy.wordpress.com/filia-uroczyska-widuna/

niedługo sto lat

coś w śnieniu świata porusza się i zmienia.
nie piszę tu, a nieznane osoby znajdują stronę na fejsbuku.
muszę to zauważyć.
świat przestał mówić: jestem niewidzialny, niewidzialny.
przedostaje się.
powinnam napisać o papudze pana Flauberta, a właściwie dwu papugach, aby dać dobry przykład tego, co jest śnieniem, na razie zostawię to tak: nie ma jednej definicji,
możliwe, że w ogóle obejdzie się bez definicji, śnienie wydaje się porozrywane,
popękane, może jest powód do niepokoju o śnienie, o gęstość śnienia
w tym pasmie czasowym, w jakim się znajdujemy,
śniło mi się dziś, że ktoś zostawił klucze w drzwiach.

10 rocznica na WordPress.com
Twoja rocznica na WordPress.com! Wszystkiego najlepszego!
Zarejestrowałeś się na WordPress.com 10 lat temu.
Dziękujemy, że latasz z nami. Życzymy powodzenia w prowadzeniu bloga!
była wtedy olimpiada chińska pod hasłem one world, one dream, w niebezpieczeństwie takiego myślenia zrobiłam ten blog, tego samego dnia wybuchła wojna w Gruzji, a dokładnie w Osetii Południowej, teraz nazywana małą wojną, były igrzyska i była wojna, notowałam te równoczesne wydarzenia, a świat był coraz dalszy od wspólnego snu.
tych zapisków już tu nie ma, były czytane jak nienormalne sprawozdania z olimpiady w Pekinie, opatrzone zdjęciami z Gruzji.
resztę wydarzeń 2008r opisałam w „Praobrazach”, jest tam również parę zdań o tym:

W książce Jung Chang[1] czytam o Mandżurii po drugiej wojnie światowej, przechodzą tędy kolejno wojska japońskie, sowieckie, komuniści i Guomintang. Przy okazji dowiaduję się, że po chińsku jedność i okrągłość są tym samym. Zawołanie olimpiady pekińskiej brzmi: Jeden świat, jedno marzenie, a tego się boję. To pomysł spoza praw ducha i fizyki. Więcej o tym w „Tao Te King”. Jedność to nie jednakowość. Tam, gdzie są igrzyska, może być też wojna. I rzeczywiście, natychmiast wybucha wojna w Gruzji. Świat i ludzie, mówiła malarka paznokci, kiedy miała wszystkiego dość.

[1]  Jung Chang – Dzikie łabędzie

_______________________________________

Praobrazy

Wzięłam sobie do serca to, co mówił Jung o drogocennej księdze,  drobne drogocenne fragmenty zebrałam już dawno temu, ale nie są księgą. Zastanawiam się, czy uda mi się zgromadzić te drogocenności w jednym miejscu. Na początek opisałam sen o C.G. Jungu, od którego zaczyna się wiele myśli:

Przyśnił mi się Carl Gustav Jung i jego współpracownicy rozdający substancję psychoaktywną do wypicia na placu przed odrestaurowanym cesarsko-królewskim dworcem kolejowym.  Udział w tym eksperymencie wzięłam ze względu na swoje nieprzemyślane proroctwa, za które czuję winę nieumyślną, bo jednak, dotykając świata zjawisk, mogły coś przywołać.  Carl Gustav Jung  w swoim eksperymencie potwierdzał hipotezę o prawdziwej naturze rzeczywistości, zgodną z powszechną intuicją i niezgodną z idiosynkratycznym światopoglądem nauki obiektywnej. Osoby badane, wypijające substancję, opowiadały o swoich wizjach i przeżyciach, w których rzeczywistość okazywała się bezkresnym polem świadomości. Nie ukazywała swego drugiego dna, nie miała drugiego dna, w rzeczywistości nic się przed nami nie kryje, ale rozwarstwia się na mnóstwo form, które stapiają się ze sobą i natychmiast roztapiają. Rozum i logika przyczynowo-skutkowa nie pomagają tego pojąć. Cienie ukazują się na równych prawach obok rzeczy widzianych jako części rzeczywistości twardej, natychmiast zalewa je zresztą fala innych form w ich niekończących się przemianach. Powstają i znikają. Przypominają to, co dzieje się w „Upaniszadach” i innych przykładach widzeń literackich. Kształty przez chwilę dostępne widzeniu, rozpuszczają się lub obracają w coś innego, bo dotknięcie rzeczy wzrokiem otwiera je na bezgraniczną niepewność, żelazne belki w wiązaniach dachu dworca rozrzedzają się do najcieńszych ażurów, odpowiada im wielość warstw fioletów i echo równoczesne z ludzką mową, przy czym nikt nie mówi pojedynczym głosem. Podobne zjawiska obserwowane są też po drugiej stronie dworca, na peronach. Carl Gustav Jung spodziewał się tego. Taka właśnie jest rzeczywistość, pełna cieni i warstw, wypełniona ruchem, pod wpływem którego ściany wagonów stają się przezroczyste, a powierzchnie rozciągają się poza brzegi. Eksperyment powtarzano, substancja psychoaktywna była niedobra w smaku, a każde wypowiedziane słowo momentalnie nabierało wielu równoważnych znaczeń. Za każdym razem dźwięczało inaczej pod jasnofioletową błoną coraz bardziej rozciąganą, zwaną niebem rzeczywistości uzgodnionej. Nic nie było pojedyncze. Należymy do czegoś większego niż własne życie i osobista śmierć, przeciskamy się na świat przez szczeliny, wysuwamy się z szuflad, pochłania nas powietrze, nasze głosy są falą i podźwiękiem wielu innych głosów. Jung stał na peronie w swojej zwykłej, znanej z fotografii tweedowej marynarce i cieszył się, że własnymi oczami przenikamy zasłonę niewiedzy w środowisku naturalnym.

 

Pałac Snów zbudował Ismail Kadare w swojej książce. Orwellowską myśl śledczą przeniósł  tam, gdzie dotąd sięgały tylko sny. Pałac Snów jest labiryntalną siedzibą tajnej policji nieokreślonego kraju. Wielkie biuro pełne ledwie żywych ze zdenerwowania urzędników selekcjonuje i interpretuje sny wszystkich ludzi. Chodzi o wytropienie spisku i wrogiej nagonki snów na imperium. Książka powstała w latach 1976-81. Ismail Kadare jest Albańczykiem wymienianym wśród kandydatów do Nagrody Nobla, ale w tej powieści nie ma wielkiej literatury, jej osobliwością jest sposób obchodzenia się z najbardziej intymną sferą życia ludzi, manipulowanie znaczeniami, ściganie snów za działalność wywrotową. Konwencja powagi, zimnego dreszczu i przemocy. Nastrój kafkowski. Książka może być coś warta dla badaczy snów i skutków  totalitaryzmu.

Ten Pałac nazywa się Tabir Saraj. Wielki biurowiec z departamentami. Wszystko, jak u Orwella, może ziścić się naprawdę. Mówi się, że prorocze sny zrzucane są z niebios w dół, na glob ziemski i nie wiadomo na kogo padnie taki sen, do czyjego przeniknie umysłu. Ten sen, wytropiony przez Tabir Saraj, może być niezwykle ważny z punktu widzenia utrzymania się rządu przy władzy. W każdy piątek spośród tysięcy napływających snów  – bo istnieje obywatelski obowiązek przekazywania państwu swoich snów – wybierany jest przez urzędników jeden sen główny, Arcysen. Jest to sen zawierający tak ważne informacje, że rząd ceni je bardziej niż całą swoją armię i wszystkich dyplomatów. Arcysen posiada straszliwą siłę, która nie opiera się na faktach, a nie ma na świecie większej siły niż ta, która nie opiera się na faktach .

W Pałacu niektórzy twierdzą, że nadejdzie czas, gdy sny przestaną być osobistymi wizjami i staną się faktami. Na razie pozostają w uśpieniu, w ciemnościach ludzkich głów i trzeba je stamtąd po trochu wydobywać, nie znaczy to jednak, że zawsze tak będzie. Pewnego dnia sny wyjdą swobodnie na powierzchnię i zajmą swoje miejsce w jawie. Trudno sobie wyobrazić, co się wtedy stanie.

__________________________

Ismail Kadare – Pałac Snów

[wydanie polskie 2006r]

Notuję przejawy synchroniczności, zawsze pojawiają się nagle i niespodziewanie, ale w dłuższych odcinkach czasu widać regularność, badałam to na razie tylko przez pół roku, coś w tym jest, tak jak w tym, że zapamiętuję 22-25 sny w miesiącu, nie więcej i nie mniej, nie wiem, czy ktoś robił podobne statystyki, dla mnie oznacza to wzgląd na moją wytrzymałość :)

W ostatnich dniach, pełnych wstrząśnięć, jakiś wyjątkowy zbieg okoliczności skłonił mnie do szukania na półkach tej książki, ale  nie pamiętam, z czym ten fragment był bezpośrednio skojarzony: tak naprawdę odnosi się do całego życia.

W miejsce słowa „marzenia”wstawiam jednak w myślach „śnienie”, takie,  o jakim piszę w tym blogu, nie sen, nie marzenie, coś bardzo jawnego, wciąż obecnego i całkowicie lekceważonego przez niezwracanie uwagi, dużo by o tym mówić:

Kiedy Venasque polecił mi dzienniki Cocteau, natrafiłem na urywek, który głęboko mnie poruszył: „I wówczas zdałem sobie sprawę, że świat moich marzeń był równie pełen wspomnień jak moje realne życie, a więc był bytem realnym, bogatszym, głębszym, pełnym epizodów, a w wielu różnych szczegółach bardziej dokładnym; faktycznie trudno mi było zlokalizować wspomnienia w jednym albo drugim świecie. Były przewspaniałe, skomplikowane i tworzyły mi podwójne życie, dwukrotnie większe i dwukrotnie dłuższe niż moje własne”.

_______________________

Jonathan Carroll – Muzeum Psów

 

wszystkie sny pochodzą z tej samej przestrzeni, nie są trzymane w bunkrach, dla każdego ego osobno, w dzień przenikają się jak mgła, wilgoć, dym, nocami są jak filmy puszczane w ciemnościach, sztuka śnienia znana jest też mitom i legendom. ten czyjś sen z lipca 2016r uzupełnia kilka obrazów, które widziałam w różnych czasach:

„Śniło mi się, że była wojna albo miała się zacząć. I były burze. Zastanawiałem się jak to będzie, jeśli zrzucona bomba atomowa spadnie np. na Muranów, a my z moją dziewczyną będziemy w tramwaju na Moście Poniatowskiego. Pomyślałem, że to będzie tak jak na karuzeli, że tramwaj pofrunie do góry i będzie to przyjemne uczucie nieważkości, a później umrzemy, ale wcześniej będziemy się trzymać za ręce i śmiać. I że trzeba się śmiać z tego i cieszyć tą sekundą, której nikt wcześniej ani później nie przeżył. Bomba na szczęście nie spadła choć coś widziało w powietrzu. Później byłem w Łodzi i wchodziłem do moich rodziców po schodach w bloku. Budynek stał, ale drzwi do wszystkich mieszkań były otwarte, na klatce leżały liście i gałęzie, nie paliło się światło. Był półmrok i miałem obawy, że nikogo nie będzie w domu, że moi rodzice już tam nie mieszkają. Wszedłem do mieszkania, nie było okien, podłoga balkonu była pokruszona i wystawały z niej pręty zbrojeniowe. Zamknąłem drzwi na zamek i czekałem na nich, choć widziałem po kurzu na meblach, że nikt tu dawno nie mieszkał. Później siedziałem na ławce w starym parku w czeskiej Pradze i obserwowałem trzech młodych, dwudziestokilkuletnich chłopaków, którzy stali trochę dalej nad stawem. Przyszedł ktoś do nich i dawał im coś z torebki foliowej. Ta osoba odeszła, a oni zaczęli się słaniać na nogach i jednocześnie wchodzić do tego stawu, pełnego mułu i wodorostów. Tracili przytomność i znikali pod wodą. Ludzie spoglądali w ich kierunku nieufnie, próbowałem odblokować telefon, żeby wezwać pomoc, ale nie mogłem wprowadzić zabezpieczającego kodu. To były długie minuty, zastanawiałem się ile czasu mózg może nie umrzeć bez tlenu. Trzy minuty? Przecież wyłowią trupy, ci młodzi goście nie żyją. I nagle do tego stawu wbiegły galopujące białe konie. Trochę się bałem, że ich stratują kopytami, ale była nadzieja, że ich jakoś ocucą biegnąc po nich pod wodą i może któryś wypłynie. Ale staw się uspokoił i nikt nie wypłynął.”

 _____________________________
Śniło mi się, że | Facebook

Blogi nigdy się nie kończą, można więc wracać. Zwłaszcza pamiętając linie snu tego miejsca.

Przeglądam książkę Bruce’a Chatwina po raz nie wiem który, książka pisana jest w latach 80 dwudziestego wieku i to, co kiedyś wydawało mi się dość zrozumiałe, jest teraz mniej jednoznaczne, ale za to wspanialsze, znaczenia słów, postacie rzeczy.

Aborygeni, powołując śpiewem świat do istnienia, byli poetami w pierwotnym sensie tego słowa. „Poesis” znaczy tworzenie. Żadnemu Aborygenowi nie przyjdzie nigdy na myśl, że świat jest niedoskonały. Jego życie religijne ma jeden cel: utrzymać ziemię taką, jaka jest i jaka powinna być.

Czasem mówią: Wyśpiewujemy świat, żeby go szybciej było widać.

(…) Aborygeni nie potrafią uwierzyć, że świat istnieje, dopóki go nie zobaczą i nie wyśpiewają – dokładnie tak, jak ich przodkowie w Epoce Snu śpiewem powołali świat do istnienia.

(…) To znaczy, że świat musi najpierw istnieć w umyśle jako pewna idea?

(…) Aborygeni wierzą, iż każdy przodek totemiczny, wędrując po kraju, zostawił za sobą ślady w postaci słów lub dźwięków. (…). Wytyczone w ten sposób „ścieżki” stały się czymś w rodzaju „dróg komunikacji”.

(…) Pieśń była zarazem mapą i kompasem. Jeśli znało się pieśń, zawsze można było znaleźć właściwą drogę.

(…) Czyli pieśń jest rodzajem paszportu?

(…) To trochę bardziej skomplikowane. Teoretycznie całą Australię można czytać jak partyturę. Prawdopodobnie nie ma tu skały czy strumienia, który – zdaniem Aborygenów – nie został powołany do istnienia śpiewem.  Ścieżki śpiewu można sobie wyobrazić, na przykład, jako mapę podróży Odyseusza, na której każdemu „zdarzeniu” odpowiada jakiś element topografii.

(…) Czy przez „zdarzenie” rozumiesz święte miejsce?

(…) Zgadza się.

To się coraz bardziej komplikuje, bo mapa niekoniecznie odzwierciedla terytorium, przynajmniej nie według powszechnie znanej geometrii, są to raczej ścieżki, drogi, przystanki, inaczej punkty przekazania,  gdzie pieśń przestaje być własnością tego, który z nią dotąd szedł, zostaje przekazana komuś innemu, idzie dalej z kim innym.

W dodatku Aborygeni mówią, że rozpoznają pieśń po smaku i zapachu. Może mają na myśli melodię, może nie. Słowa pieśni mogą się zmieniać, ale ten smak, zapach, melodia – nigdy.

Wyśpiewać, znaczy wydobyć z nieistnienia, wyśnić, wyjawić. Zrobili to przodkowie w Epoce Snu, ale żeby świat istniał nadal, śnienie musi trwać zawsze. Jest szkicem tego, co stanie się jawne, ścieżka snu jest drogą do jawy, słowa pieśni, która jest zarazem drogą, mogą być różne, ale jest coś trwalszego niż słowa: smak, zapach, dźwięk, melodia, śnienie.

Sen – film nocny – jest tylko szczególnym przypadkiem śnienia. Nie musimy śnić tych filmów, aby śnić zawsze.

_______________________

Bruce Chatwin – Ścieżki śpiewu