pałac snów

Pałac Snów zbudował Ismail Kadare w swojej książce. Orwellowską myśl śledczą przeniósł  tam, gdzie dotąd sięgały tylko sny. Pałac Snów jest labiryntalną siedzibą tajnej policji nieokreślonego kraju. Wielkie biuro pełne ledwie żywych ze zdenerwowania urzędników selekcjonuje i interpretuje sny wszystkich ludzi. Chodzi o wytropienie spisku i wrogiej nagonki snów na imperium. Książka powstała w latach 1976-81. Ismail Kadare jest Albańczykiem wymienianym wśród kandydatów do Nagrody Nobla, ale w tej powieści nie ma wielkiej literatury, jej osobliwością jest sposób obchodzenia się z najbardziej intymną sferą życia ludzi, manipulowanie znaczeniami, ściganie snów za działalność wywrotową. Konwencja powagi, zimnego dreszczu i przemocy. Nastrój kafkowski. Książka może być coś warta dla badaczy snów i skutków  totalitaryzmu.

Ten Pałac nazywa się Tabir Saraj. Wielki biurowiec z departamentami. Wszystko, jak u Orwella, może ziścić się naprawdę. Mówi się, że prorocze sny zrzucane są z niebios w dół, na glob ziemski i nie wiadomo na kogo padnie taki sen, do czyjego przeniknie umysłu. Ten sen, wytropiony przez Tabir Saraj, może być niezwykle ważny z punktu widzenia utrzymania się rządu przy władzy. W każdy piątek spośród tysięcy napływających snów  – bo istnieje obywatelski obowiązek przekazywania państwu swoich snów – wybierany jest przez urzędników jeden sen główny, Arcysen. Jest to sen zawierający tak ważne informacje, że rząd ceni je bardziej niż całą swoją armię i wszystkich dyplomatów. Arcysen posiada straszliwą siłę, która nie opiera się na faktach, a nie ma na świecie większej siły niż ta, która nie opiera się na faktach .

W Pałacu niektórzy twierdzą, że nadejdzie czas, gdy sny przestaną być osobistymi wizjami i staną się faktami. Na razie pozostają w uśpieniu, w ciemnościach ludzkich głów i trzeba je stamtąd po trochu wydobywać, nie znaczy to jednak, że zawsze tak będzie. Pewnego dnia sny wyjdą swobodnie na powierzchnię i zajmą swoje miejsce w jawie. Trudno sobie wyobrazić, co się wtedy stanie.

__________________________

Ismail Kadare – Pałac Snów

[wydanie polskie 2006r]

śnienie realne

Notuję przejawy synchroniczności, zawsze pojawiają się nagle i niespodziewanie, ale w dłuższych odcinkach czasu widać regularność, badałam to na razie tylko przez pół roku, coś w tym jest, tak jak w tym, że zapamiętuję 22-25 sny w miesiącu, nie więcej i nie mniej, nie wiem, czy ktoś robił podobne statystyki, dla mnie oznacza to wzgląd na moją wytrzymałość :)

W ostatnich dniach, pełnych wstrząśnięć, jakiś wyjątkowy zbieg okoliczności skłonił mnie do szukania na półkach tej książki, ale  nie pamiętam, z czym ten fragment był bezpośrednio skojarzony: tak naprawdę odnosi się do całego życia.

W miejsce słowa „marzenia”wstawiam jednak w myślach „śnienie”, takie,  o jakim piszę w tym blogu, nie sen, nie marzenie, coś bardzo jawnego, wciąż obecnego i całkowicie lekceważonego przez niezwracanie uwagi, dużo by o tym mówić:

Kiedy Venasque polecił mi dzienniki Cocteau, natrafiłem na urywek, który głęboko mnie poruszył: „I wówczas zdałem sobie sprawę, że świat moich marzeń był równie pełen wspomnień jak moje realne życie, a więc był bytem realnym, bogatszym, głębszym, pełnym epizodów, a w wielu różnych szczegółach bardziej dokładnym; faktycznie trudno mi było zlokalizować wspomnienia w jednym albo drugim świecie. Były przewspaniałe, skomplikowane i tworzyły mi podwójne życie, dwukrotnie większe i dwukrotnie dłuższe niż moje własne”.

_______________________

Jonathan Carroll – Muzeum Psów

 

sny innych ludzi

wszystkie sny pochodzą z tej samej przestrzeni, nie są trzymane w bunkrach, dla każdego ego osobno, w dzień przenikają się jak mgła, wilgoć, dym, nocami są jak filmy puszczane w ciemnościach, sztuka śnienia znana jest też mitom i legendom. ten czyjś sen z lipca 2016r uzupełnia kilka obrazów, które widziałam w różnych czasach:

„Śniło mi się, że była wojna albo miała się zacząć. I były burze. Zastanawiałem się jak to będzie, jeśli zrzucona bomba atomowa spadnie np. na Muranów, a my z moją dziewczyną będziemy w tramwaju na Moście Poniatowskiego. Pomyślałem, że to będzie tak jak na karuzeli, że tramwaj pofrunie do góry i będzie to przyjemne uczucie nieważkości, a później umrzemy, ale wcześniej będziemy się trzymać za ręce i śmiać. I że trzeba się śmiać z tego i cieszyć tą sekundą, której nikt wcześniej ani później nie przeżył. Bomba na szczęście nie spadła choć coś widziało w powietrzu. Później byłem w Łodzi i wchodziłem do moich rodziców po schodach w bloku. Budynek stał, ale drzwi do wszystkich mieszkań były otwarte, na klatce leżały liście i gałęzie, nie paliło się światło. Był półmrok i miałem obawy, że nikogo nie będzie w domu, że moi rodzice już tam nie mieszkają. Wszedłem do mieszkania, nie było okien, podłoga balkonu była pokruszona i wystawały z niej pręty zbrojeniowe. Zamknąłem drzwi na zamek i czekałem na nich, choć widziałem po kurzu na meblach, że nikt tu dawno nie mieszkał. Później siedziałem na ławce w starym parku w czeskiej Pradze i obserwowałem trzech młodych, dwudziestokilkuletnich chłopaków, którzy stali trochę dalej nad stawem. Przyszedł ktoś do nich i dawał im coś z torebki foliowej. Ta osoba odeszła, a oni zaczęli się słaniać na nogach i jednocześnie wchodzić do tego stawu, pełnego mułu i wodorostów. Tracili przytomność i znikali pod wodą. Ludzie spoglądali w ich kierunku nieufnie, próbowałem odblokować telefon, żeby wezwać pomoc, ale nie mogłem wprowadzić zabezpieczającego kodu. To były długie minuty, zastanawiałem się ile czasu mózg może nie umrzeć bez tlenu. Trzy minuty? Przecież wyłowią trupy, ci młodzi goście nie żyją. I nagle do tego stawu wbiegły galopujące białe konie. Trochę się bałem, że ich stratują kopytami, ale była nadzieja, że ich jakoś ocucą biegnąc po nich pod wodą i może któryś wypłynie. Ale staw się uspokoił i nikt nie wypłynął.”

 _____________________________
Śniło mi się, że | Facebook

ścieżki śpiewu, linie snu, śnienie

Blogi nigdy się nie kończą, można więc wracać. Zwłaszcza pamiętając linie snu tego miejsca.

Przeglądam książkę Bruce’a Chatwina po raz nie wiem który, książka pisana jest w latach 80 dwudziestego wieku i to, co kiedyś wydawało mi się dość zrozumiałe, jest teraz mniej jednoznaczne, ale za to wspanialsze, znaczenia słów, postacie rzeczy.

Aborygeni, powołując śpiewem świat do istnienia, byli poetami w pierwotnym sensie tego słowa. „Poesis” znaczy tworzenie. Żadnemu Aborygenowi nie przyjdzie nigdy na myśl, że świat jest niedoskonały. Jego życie religijne ma jeden cel: utrzymać ziemię taką, jaka jest i jaka powinna być.

Czasem mówią: Wyśpiewujemy świat, żeby go szybciej było widać.

(…) Aborygeni nie potrafią uwierzyć, że świat istnieje, dopóki go nie zobaczą i nie wyśpiewają – dokładnie tak, jak ich przodkowie w Epoce Snu śpiewem powołali świat do istnienia.

(…) To znaczy, że świat musi najpierw istnieć w umyśle jako pewna idea?

(…) Aborygeni wierzą, iż każdy przodek totemiczny, wędrując po kraju, zostawił za sobą ślady w postaci słów lub dźwięków. (…). Wytyczone w ten sposób „ścieżki” stały się czymś w rodzaju „dróg komunikacji”.

(…) Pieśń była zarazem mapą i kompasem. Jeśli znało się pieśń, zawsze można było znaleźć właściwą drogę.

(…) Czyli pieśń jest rodzajem paszportu?

(…) To trochę bardziej skomplikowane. Teoretycznie całą Australię można czytać jak partyturę. Prawdopodobnie nie ma tu skały czy strumienia, który – zdaniem Aborygenów – nie został powołany do istnienia śpiewem.  Ścieżki śpiewu można sobie wyobrazić, na przykład, jako mapę podróży Odyseusza, na której każdemu „zdarzeniu” odpowiada jakiś element topografii.

(…) Czy przez „zdarzenie” rozumiesz święte miejsce?

(…) Zgadza się.

To się coraz bardziej komplikuje, bo mapa niekoniecznie odzwierciedla terytorium, przynajmniej nie według powszechnie znanej geometrii, są to raczej ścieżki, drogi, przystanki, inaczej punkty przekazania,  gdzie pieśń przestaje być własnością tego, który z nią dotąd szedł, zostaje przekazana komuś innemu, idzie dalej z kim innym.

W dodatku Aborygeni mówią, że rozpoznają pieśń po smaku i zapachu. Może mają na myśli melodię, może nie. Słowa pieśni mogą się zmieniać, ale ten smak, zapach, melodia – nigdy.

Wyśpiewać, znaczy wydobyć z nieistnienia, wyśnić, wyjawić. Zrobili to przodkowie w Epoce Snu, ale żeby świat istniał nadal, śnienie musi trwać zawsze. Jest szkicem tego, co stanie się jawne, ścieżka snu jest drogą do jawy, słowa pieśni, która jest zarazem drogą, mogą być różne, ale jest coś trwalszego niż słowa: smak, zapach, dźwięk, melodia, śnienie.

Sen – film nocny – jest tylko szczególnym przypadkiem śnienia. Nie musimy śnić tych filmów, aby śnić zawsze.

_______________________

Bruce Chatwin – Ścieżki śpiewu

zabić drozda

znowu śni mi się tytuł bardzo dawno czytanej książki, tym razem nawet z nazwiskiem autorki, jakby coś mogło mi się pomylić, czytam te przyśnione książki na nowo, to jakiś szyfr, mam zrozumieć.

streszczam:

Dziki Radley jest główną postacią tej książki, chociaż nikomu nie radzę przepisywać tego zdania do pracy domowej. Dziki Radley schowany jest w domu Radleyów, którzy trzymają się w miasteczku na uboczu. Nie chodzą do kościoła, modlą się w domu. Utrzymują się z kupowania bawełny, jest w tym coś dwuznacznego, czego się dzisiaj nie rozumie. Ludzie mówią, że w domu tym mieszka złe widmo, wiedzą, że to żywy człowiek, ale jeśli komuś w czasie przymrozków zwarzyły się azalie, to tylko dlatego, że on na nie oddychał. 

Młodszy syn państwa Radleyów nie był z początku Dzikim Radleyem, ale jako chłopiec zaprzyjaźnił się z gangiem Cunninghamów czyli wpadł w nieodpowiednie towarzystwo. Pewnego razu jeździli pożyczonym  samochodem tyłem po rynku, a próbującemu ich aresztować woźnemu stawili opór, dostali się pod sąd, zostali oskarżeni i wysłani do stanowej szkoły technicznej, która tak w ogóle nie była złą szkołą, ale ojciec Radleya uważał, że jego synowi przyniesie ujmę. Zatem dał słowo sędziemu i zamknął syna w domu. Dziki Radley siedział w bawialni i wycinał artykuly z „Trybuny Maycomb” i wklejał je do albumu. Trwało to do chwili, gdy w wieku 34 lat wbił w nogę nożyczki przechodzącemu obok ojcu. Uznano, że jest pomylony i aresztowano go. Siedział skazany za to nożyczkowe przestępstwo w suterenie sądu. Wyszedł i nie wiadomo, jaką formę zastraszania stosował pan Radley, aby Dziki nie pokazywał się nikomu, ale wiedziano w tamtych czasach, że różne są sposoby zamieniania ludzi w duchy. Odtąd mówiono, że dom Radleyów to grób i dotychczasowa część mego opisu mogłaby znaleźć się w jednej z książek Alice Miller.

Dziki Radley, gdziekolwiek był schowany, patrzył na dzieci idące do szkoły i z powrotem. Zostawiał im gumę do żucia i wypolerowane monety z głowami indiańskimi z 1900 i 1906 roku w dziupli drzewa rosnącego na skraju posesji. Dzieci interesowały się nim. Domyślały się, że to on. Pisały do niego list dziękczynny, ale pan Radley zacementował dziuplę i nie miały go gdzie położyć. Robiły różne próby zobaczenia Dzikiego Radleya, wszystkie na nic. Może umarł i wepchnięto go w komin? Nie, całe miasteczko wiedziało, że Dziki Radley tam w środku ciągle jest; w tym czasie rozgrywały się główne akcje tej książki, sądy, rasizm, szlachetność, nienawiść i gniew. Dziki Radley, zawsze zamknięty w domu, pojawiał się na niewielu stronach. W końcu uratował dzieciom życie. Musiał w tym celu wyjść i kogoś zabić. W ciemności, nikt nie widział. W wielkiej scenie prywatnej, a nawet potajemnej rozmowy sędziego z adwokatem okazało się, że kto ma w tym przypadku serce, musi złamać prawo. Obaj prawnicy złamali je. Dzieci powiedziały krótko: tak, rozumiemy to. Skazać Dzikiego Radleya byłoby tak, jak zabić drozda, a zabicie drozda to grzech, o czym podobno wszyscy wiedzą.

W 1962 roku nakręcono film na podstawie tej książki, film zdobył dwa Oskary i wyciskał łzy.

______________________________

Harper Lee – Zabić drozda

w kwestii realności

czytanie na poranek, pierwszy zwykły poranek tego roku:

pewien mesjasz w krainie snów
głosi prawdę zjawom
o ich iluzyjnej naturze
a one śmieją się z niego
dręcząc go okrutnie –
guzik warte twoje nauki
pozostaniesz w tym piekle
tak długo aż sam zrozumiesz!
o tym mesjaszu śni co noc
[skazując go na męki aż do
porannych wyzwoleń]
pani co sprzedaje ciastka
spieszącym rano z wukadki
ale nie wie nawet tego
jak jej zbawiciel ma na imię

dwa owsiane na wagę
złoty osiemdziesiąt

___________________________

Piotr Ornoch – Łaska cynamonu

więcej: dokąd odchodzą poeci i dlaczego >>

zimna góra (garry’emu snyderowi) >>

pierwsze śnienie pierwszego dnia

Minus 9 celsjuszy. Bez śniegu. Łapię pierwsze śnienie pierwszego dnia roku. Krzywo stoją samochody, jeden ma otwarty dach. Słońce blade. Wydostaje się zza siódmej góry, z zaczarowanego życia. Na fejsbuku zostały po nocy piosenki dziwne, w tym oryginalne nagranie „Córki grabarza” z 1973r dla radiowej Trójki jako  historia smutnej i nieszczęśliwej miłości,  Breakout, 1971, że coś się stało kwiatom.

A ludziom. Ludzie wybierają się w tej chwili na Skałę Czarownic,  która naprawdę gdzieś jest. Inni w Indiach. Pokazują ocean i palmy. Jest też stare zdjęcie stamtąd PsiZęba, które wpadło mi do pamięci razem ze „Szklanym sercem” Herzoga i odtąd są razem. Dzieje się to jeszcze na płaskiej ziemi, jestem na płaskiej ziemi,  światła tu dużo więcej, a ktoś obiecuje sobie na Nowy Rok, że nie będzie już otrząsać  się z nieszczęść,  że uzna je za pełnoprawną część swego życia, a wtedy będą one mogły zacząć się rozpuszczać. Nie znika nic uznanego za niebyłe.  Zniknąć może tylko to, co jest. Nigdy więcej otrząsania się.

szklane serce@ PsiZąb

Ktoś przepowiadał sobie o równej północy wiersze Rilkego,  są tu >>

Śniło mi się, że prywatny dom otwierał się na coraz więcej pustych pokoi jak w „Pożegnaniu z Afryką”, można było gubić się i znajdować. Chłodne, jasne labirynty otwarte na widok.

Wylosowałam heksagram 34; 5 na 43.

Zajrzę tu za rok i porównam myśli.

czarne obrazy

widzę, że co dwa lata przypominam sobie jego obrazy. jakieś podobieństwo jest w tych latach czy jakaś różnica, dziś patrzę na stary film o tym, jak je robił. mówił, żeby być uważnym na kolory. mało kolorów wystarczy.