poezja nie jest sztuką układania wierszy

Poezja, jak ją wolno rozumieć za Ko Unem, nie jest sztuką układania wierszy. Jest raczej więzią ontyczną, wewnętrznym życiem rzeczy. Toteż poezji właściwie się nie tworzy, tylko w niej uczestniczy – pod warunkiem, że potrafi się zejść świadomością na fundamentalny poziom istnienia (poziom elementarnych dharm, jak powiedziałby buddysta), gdzie wszystko, co jest, wchodzi z sobą w przedziwny, magnetyczny związek, a związek ten jest wcześniejszy niż ludzka arbitralność i władza, niż nasze światopoglądy, uprzedzenia, racje i decyzje. Buddyści nazywają tę pierwotną więź Umysłem albo „nienarodzonym sercem Buddy”, taoiści Drogą, współczesna zaś fizyka mówi o „najgłębszej, nieprzemiennej i nielokalnej warstwie rzeczywistości, w której załamują się tradycyjne pojęcia czasu i przestrzeni, a wszystko, co się w niej dzieje, zachodzi „wszędzie” i „równocześnie” (Michał Heller). Tam, „w tej cichej, cichej ciszy” mieszka Ko Un, tam jest jego dom.

ze wstępu  Mieczysława Godynia

Jest to o śnieniu, które nie jest snem, tylko fundamentalnym poziomem istnienia, gdzie wszystko, co jest, wchodzi ze sobą w przedziwny, magnetyczny związek.

______________________________________________________

Ko Un – Maninbo. Dziesięć tysięcy istnień

mit świata jest gdzie indziej

Świat wciąż śniony jest do istnienia, na tym polega ta nieustanna kosmiczna gra, która z niematerialnego śnienia tworzy materialną jawę, jest w tym też udział naukowej kosmologii.

Mówi Hillman:

Kosmologiczne mity umieszczają nas w świecie i każą nam zajmować się jego sprawami. Kosmologie współczesne – Big Bang i czarne dziury, antymateria i zakrzywiona, nieustannie rozszerzająca się nie wiadomo dokąd przestrzeń – napawają nas lękiem i poczuciem bezsensu wynikającymi z ograniczeń naszej zdolności pojmowania. Wszystko jest wynikiem przypadkowych zdarzeń, nic nie jest absolutnie konieczne. Naukowe kosmologie nie mówią nam niczego o duszy, a więc nie mówią również niczego naszej duszy, nie informują jej o powodach jej istnienia, o tym, skąd ona się wzięła i dokąd następnie odejdzie, a także o tym, jakie ma przed sobą zadania do wykonania. Owe niewidzialne aspekty rzeczywistości, które, jak czujemy, zapewniają naszemu życiu styczność z tym, co istnieje poza naszym życiem, są przez naukowe kosmologie sprowadzane na ziemię i przekształcane w dosłowną niewidzialność najodleglejszych galaktyk i fal elektromagnetycznych, Nie można ich poznać ani doświadczyć zmysłowo, ponieważ ich miarę stanowi czas, a nasze życie to ledwie kilka nanosekund w gigantycznej, kosmicznej skali naukowego mitu.  (…)

Każda kosmologia, która już na samym wstępie niewłaściwie zabiera się do dzieła (czyli źle zaczyna), nie tylko produkuje wątpliwe teorie, lecz także tchnie wątpliwości w nasze serca i osłabia naszą miłość istnienia. Mit kreacyjny mówiący o ciągu przypadkowych zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni niewyobrażalnie długiego czasu, sprawia, ze dusza człowieka Zachodu wzbija się tak wysoko, że sięga niemal stratosfery, gdzie oddychanie staje się niemożliwe. Nic dziwnego, że zwracamy się ku innym mitom, takim jak platońska opowieść o Erze, opowieści z Księgi Rodzaju czy kabalistyczne przypowieści o drzewie. Każdy z nich jest bowiem rodzajem mitycznego sprawozdania z tego, jak mają się sprawy, jak jest: odnajdują nas w mitach, które zstępując w dół, wchodzą w osobową duszę każdego z nas. Nic dziwnego zatem, że w odniesieniu do swojego mitu Platon powiada: „Może on i nas ocalić, jeżeli go posłuchamy”.

__________________________

James Hillman – Kod duszy

sny i czas, a raczej jego nieważność

Jung badał duże serie snów wielu ludzi i stąd jego spostrzeżenia, które potem zbierał w rozmaite hipotezy i porządkował.  To, co mówi, idzie od szczegółu do ogółu. Ważny jest szczegół i to bardzo mały, niewidzialny i nieuświadamiany jak atom, i jeszcze dalej. Dlatego podczas czytania Junga wiele można rozpoznać także w sobie, to nie jest zwyczajna koncepcja teoretyczna, tylko przeżycie, z którego wynikły te wszystkie wielkie tomy.

(…) nieświadomość zawsze pozostaje nieco na uboczu porządku chronologicznego, postrzegając sprawy, które jeszcze nie zdążyły zaistnieć. Albowiem w nieświadomości istnieje wszystko, i to od samego początku. Często na przykład śnimy o czymś, co odegra jakąś rolę dopiero jutro czy jeszcze później. Nieświadomość nie przejmuje się naszym czasem czy przyczynowo-skutkowym następstwem zdarzeń. Możemy to obserwować również na przykładzie marzeń sennych. Seria nie tworzy łańcucha chronologicznego w naszym rozumieniu chronologii, dlatego trudno stwierdzić, co jest wcześniejsze, a co późniejsze. Jeśli chcemy scharakteryzować istotę snów możemy powiedzieć, iż nie tworzą one serii chronologicznej w rodzaju a.b.c.d, przy cym „b” wynika z „a”, „c” zaś z „d”. Sytuacja przedstawia się raczej w ten sposób, iż musimy założyć występowanie niepoznawalnego centrum, z którego marzenia senne są niejako emitowane. (…).

Ponieważ marzenia senne pojawiają się w świadomości jedno po drugim, ujmujemy je za pomocą kategorii temporalnych, odnosimy jedno do drugiego w formie przyczynowej, niewykluczone jednak, że prawdziwa konsekwencja wynikająca z pierwszego snu wyłoni się ze świadomości dopiero znaczie później. Pozornie chronologiczna seria nie jest w tym wypadku rzeczywistą serią. Jeśli ujmiemy to w taki sposób, czynimy wówczas ustępstwo na rzecz naszego pojęcia czasu. (…).

Właściwe uporządkowanie marzeń sennych powinno mieć formę radialną: sny promieniują z jakiegoś punktu środkowego i dopiero później podpadają pod nasze kategorie czasu, a zatem, koniec końców, uporządkowane są wokół „centrum znaczeniowego”.

W przypadku nieświadomości musimy się liczyć z innymi kategoriami niż te, które występują w świadomości – sprawa przedstawia się tu podobnie jak w fizyce, gdzie w trakcie obserwacji fakty ulegają zmianie (….).

_______________________________

C.G. Jung – Marzenia senne dzieci. Seminaria

więcej:

królestwo nieświadomości >>

świadome i nieświadome przeżywanie świata >>

nieświadomość ma naturę instynktu >>

poznanie innego rodzaju >>

pola morficzne, telepatia, wzory losu

Pola morficzne dla wszystkich grup zwierząt: ptaków, wilków, ludzi, drużyn sportowych, rodzin itd. Rupert Sheldrake mówi, że osoby, osobniki w polu połączone są w ten sposób, że zmiana u jednych oddziałuje na inne – i że jest to podstawą telepatii. Pola te mają swoją pamięć. Wykorzystuje się to w ustawieniach systemowych Hellingera. Mówi się, że to nienaukowe i ciekawe.

uczestnictwo w nieświadomości

Mam wątpliwości, czy świat łączą ze świadomością ludzką  jakieś osobliwe relacje, czy też raczej nie jest tak, że to świat się zmienia odpowiednio do naszych wyobrażeń na jego temat. Wschód podzielałby tę ideę, a pan Einstein w swej teorii względności mówi z gruntu podobne  rzeczy na temat fizyki. Wydaje się zatem prawdopodobne, że coś podobnego ma również miejsce w świecie umysłu. Całkiem możliwe, że participation mystique z „nie-ja” oznacza pewną zmianę i to nie tylko w samym indywiduum, lecz również w otaczającym go środowisku. Jeden z najbardziej zdumiewających faktów odkrytych przez analizę polega na tym, że kiedy analizuje się jakiegoś człowieka, mamy do czynienia nie tylko z indywiuum, lecz z całą grupą. Analizując, wywieramy magiczny wpływ na odległość – wpływamy nawet na tych ludzi, którzy nie są bezpośrednio związani z pacjentem. Kiedy nieświadomość – na przykład animus i anima -zaczyna się konstelować, jej formy zaczynają wieść korowód w psychice nieświadomej, a wówczas dają o sobie znać efekty magiczne, dziwne efekty hipnotyczne, wskazując na to, że w naszym „nie-ja” istnieją pewne związki, które na poziomie świadomości nie istnieją.

___________________________

C.G. Jung – Wizje, t.1 str 543

zdalna fotografia kota schroedingera

Fotografia_kota Schroedingera

Fotografia kociej sylwetki – wykonana została za pomocą światła, które nigdy nie oświetliło fotografowanego obiektu (Gabriela Barreto Lemos)

Ten tytuł w wielkim skrócie oddaje dokonanie naukowców z Wiednia. Wykonali oni zdjęcie za pomocą światła, które nie miało żadnego fizycznego kontaktu z fotografowanym obiektem. A mimo to stworzyło jego wierny obraz.
Te cząstki światła, które padały na matrycę aparatu fotograficznego i naświetliły obraz, mogły się nigdy nie znaleźć w pobliżu fotografowanego obiektu. Ba, mogły się trzymać dowolnie daleko od niego. Skąd zatem „wiedziały”, jak on wygląda? Jak to możliwe, że taka „zdalna” fotografia w ogóle może powstać? (…).

Eksperyment z kotem, nazwanym później kotem Schroedingera, wzbudził gorące dyskusje w środowisku fizyków. Problem w tym, że teoria kwantowa mówi, że kot na pewno i żyje, i nie żyje. Jednocześnie. Jedno i drugie. A przecież jest to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.Niemal w tym samym czasie Albert Einstein, który był bardzo sceptycznie nastawiony do nowej teorii i stale szukał w niej dziury, wraz z Borysem Podolskim i Nathanem Rosenem opublikowali w „Physical Review” artykuł, w którym podawali kolejny przykład kwantowego zjawiska, które kłóci się z logiką. Wykazywali bowiem, że jeśli teoria kwantów jest prawdziwa, to między dwoma obiektami – np. cząstkami elementarnymi czy fotonami – może istnieć zdumiewająca więź, która jest zupełnie nie do przyjęcia z punktu widzenia fizyki klasycznej.

Dla laików dwie te cząstki są niczym bliźniaczki, które w niepojęty sposób natychmiast „wiedzą”, co się dzieje z siostrą, choć może je rozdzielać nawet cała szerokość Drogi Mlecznej. Dla Einsteina było to dowodem na nieuprawnione „upiorne oddziaływanie na odległość”. Fizycy wolą dziś mówić o zdumiewających korelacjach między oddalonymi obiektami.

Tę dziwną więź nazwano kwantowym splątaniem, a wiele lat później eksperymenty z fotonami potwierdziły, że jest ona możliwa. W latach 80. francuski fizyk Alain Aspect mierzył takie korelacje na dystansie kilkudziesięciu metrów, w 1998 r. austriacki fizyk Anton Zeilinger zwiększył odległość splątania do kilkuset metrów, a teraz już eksperymentuje się ze splątanymi fotonami, które dzieli ponad 100 km.

To właśnie splątane fotony posłużyły teraz zespołowi prof. Antona Zeilingera do wykonania zdjęcia, w którym padające na matrycę CCD światło w ogóle nie miało kontaktu z fotografowanym obiektem, ale mimo to niosło jego obraz.

Najpierw fotony były wprowadzane stan „rozdwojenia jaźni”, a więc w podobny stan kwantowy, w jakim jest kot Schroedingera. Potem były dzielone na dwie powiązane ze sobą części, czyli dwa splątane fotony. Jeden z nich oświetlał fotografowany obiekt, ale po wykonaniu zadania był… niszczony. Obraz jednak nie ginął wraz z nim, bo dzięki kwantowym korelacjom przenosił się na splątanego bliźniaka, który – mimo że nie miał żadnej styczności z fotografowanym obiektem – naświetlał matrycę i odtwarzał obraz. Wyraźną sylwetkę kota Schroedingera. (…).