Posts Tagged ‘psychologia’

Było to w czasie, kiedy malowałam sny kredkami bambino, malowanie jest dla mnie za trudne, przeszłam na szkice, mapy snów, przy okazji odkryłam na nowo jak powstają wizje.  W jakiś czas potem czytałam „Wizje”Junga i natknęłam się na opis dokładny, nawiasem mówiąc sądzę, że wszystkie dzieci to wiedzą, ale dorośli zapominają w okamgnieniu i myślą, że się zwariowało.
Jung opowiedział swoją historię o tym, jak uruchamiają się wizje. Sen pamiętany jest jak kadr z filmu, jak pocztówka od nieświadomości: raczej nieruchomo. Można go rozwijać na jawie, od miejsca, gdzie zauważymy czy zapamiętamy ruch, ruch jest energią i prowadzi, wizje są ruchome.

Chciałbym wam tu opowiedzieć o własnym przeżyciu z czasu, gdy byłem małym chłopcem, jeszcze nie chodziłem do szkoły. Co tydzień w niedzielę spędzałem ranek u starej ciotki, która miała staromodny salon z cudownymi miedziorytami. Zawsze spoglądałem na nie z ogromnym zainteresowaniem. Jeden przedstawiał wiejską plebanię: z budynku probostwa wychodził pastor w sutannie – najwyraźniej udawał się do kościoła; właśnie zatrzasnął drzwi, schodził po schodach na drogę. Przypatrywałem się mu z wielką uwagą, ponieważ był to taki interesujący staruszek. Pewnego razu stwierdziłem, że naprawdę porusza się, że schodzi po schodach. Zawołałem do ciotki: „On idzie!”. Ciotka stwierdziła rzecz jasna, że to niemożliwe. „Ale ja widzę, jak on idzie, on z pewnością schodzi po stopniach!”. Po owym incydencie co tydzień w niedzielę miałem frajdę patrząc, jak staruszek schodzi po schodach. Jeśli dostatecznie długo będziecie się wpatrywali w obraz, przekonacie się, że on ożywa. Jeśli nie zacznie żyć, to oznacza to, że popełniliście jakiś błąd, że niedostatecznie przenieśliscie sie w obraz. Z tego względu Starożytni byli przekonani, że posąg boga coś mówi czy porusza głową, mimo że był to bożek wyryty w kamieniu. Ludzie płacili ciężkie pieniądze, by móc wspiąć się po drabinie i szepnąć bogu do ucha coś, co leżało im na sercu, byli bowiem przekonani, że bóg usłyszy i udzieli odpowiedzi, czy że w każdym razie ruszy głową. Znamy niezliczenie wiele historii o tym, jak obraz czy posąg odpowiedział swemu wyznawcy.

______________________________
C.G. Jung – Wizje t.1 str 167

Reklamy

W ten  sposób, żadne domysły nie wchodzą w grę, żadne senniki, żadne wiedzenie z głowy, z góry i od razu:

Chciałem bez żadnych uprzedzeń podejść do marzeń sennych, by się przekonać, jak one funkcjonują.
(…)
Dlatego, pragnąc się zbliżyć do właściwego sensu snu, próbuję rozłożyć marzenie senne, skoncentrować się na obrazie wyjściowym i zbierać skojarzenia – wszystkie skojarzenia, przybywające z wszystkich stron. Postępuję w sposób koncentryczny,  w przeciwieństwie do swobodnego kojarzenia polegającego na tym, że człowiek, klucząc od punktu do punktu, oddala się od obrazu sennego, by wylądować nie wiadomo gdzie.
(…)
określam moją metodę mianem „amplifikacji”, od „amplificatio”, „rozszerzenie”.
Wychodzę przy tym od bardzo prostej przesłanki, przyjmuję bowiem, że nic nie rozumiem ze snu, nie wiem, co on oznacza i nie snuję żadnych domysłów co do tego, w jaki sposób obraz senny ulokowany jest w umyśle ludzkim. Po prostu tak poszerzam obraz wyjściowy, aż go zobaczę.

_______________________________

C.G. Jung – Marzenia senne dzieci

Czasem nie można opędzić się od synchroniczności, zaczęłam ten wypisek wczoraj, po rocznicy śmierci Widuna, wróciłam dzisiaj, przed wiadomością o innej śmierci, wniosek: wobec życia śmierć jest śnieniem, przedświatem, zaświatem, „nieśmiertelnym królem” wszystkich czasów:

Najbardziej niebezpieczną pokusą, jakiej zaznali ludzie, nie jest zło. Ani pieniądze, Ani ogłupiająca rozkosz i różnorodne pieniężne ekstazy. Ani władza i wszystkie jej perwersje. Ani sublimacja i ogrom jej wyimaginowanych uczuć. Jest nią śmierć. (…)>

Ludzkość wynalazła śmierć jakieś sto tysięcy lat temu.

Śmierć jako wynalazek albo nawet popęd (określenie popęd śmierci wynalazła Sabina Spielrein w Wiedniu, podczas jednego ze środowych seminariów).

„Eksplozja śmierci” w błękitnym niebie, na oczach wszystkich, we wtorek 11 września 2001roku nad miastem New York.

Drapieżnik umiera, łup umiera, umiera łupiestwo – wszystko umiera w momentalnym rozbłysku.

„In hac flamma”.

Zryw śmierci na oczach wszystkich, w kształcie grzyba Little Boy.

W jednej chwili czasu widzenie wszystkich miejsc na ziemi.

Ostatnie słowo zapisane przez Freuda: „Kriegspanik”. (Dziwacznie tłumaczone na francuski jako „atmosfera wojny”.

__________________________

Pascal Quignard  – Błędne cienie

Wzięłam sobie do serca to, co mówił Jung o drogocennej księdze,  drobne drogocenne fragmenty zebrałam już dawno temu, ale nie są księgą. Zastanawiam się, czy uda mi się zgromadzić te drogocenności w jednym miejscu. Na początek opisałam sen o C.G. Jungu, od którego zaczyna się wiele myśli:

Przyśnił mi się Carl Gustav Jung i jego współpracownicy rozdający substancję psychoaktywną do wypicia na placu przed odrestaurowanym cesarsko-królewskim dworcem kolejowym.  Udział w tym eksperymencie wzięłam ze względu na swoje nieprzemyślane proroctwa, za które czuję winę nieumyślną, bo jednak, dotykając świata zjawisk, mogły coś przywołać.  Carl Gustav Jung  w swoim eksperymencie potwierdzał hipotezę o prawdziwej naturze rzeczywistości, zgodną z powszechną intuicją i niezgodną z idiosynkratycznym światopoglądem nauki obiektywnej. Osoby badane, wypijające substancję, opowiadały o swoich wizjach i przeżyciach, w których rzeczywistość okazywała się bezkresnym polem świadomości. Nie ukazywała swego drugiego dna, nie miała drugiego dna, w rzeczywistości nic się przed nami nie kryje, ale rozwarstwia się na mnóstwo form, które stapiają się ze sobą i natychmiast roztapiają. Rozum i logika przyczynowo-skutkowa nie pomagają tego pojąć. Cienie ukazują się na równych prawach obok rzeczy widzianych jako części rzeczywistości twardej, natychmiast zalewa je zresztą fala innych form w ich niekończących się przemianach. Powstają i znikają. Przypominają to, co dzieje się w „Upaniszadach” i innych przykładach widzeń literackich. Kształty przez chwilę dostępne widzeniu, rozpuszczają się lub obracają w coś innego, bo dotknięcie rzeczy wzrokiem otwiera je na bezgraniczną niepewność, żelazne belki w wiązaniach dachu dworca rozrzedzają się do najcieńszych ażurów, odpowiada im wielość warstw fioletów i echo równoczesne z ludzką mową, przy czym nikt nie mówi pojedynczym głosem. Podobne zjawiska obserwowane są też po drugiej stronie dworca, na peronach. Carl Gustav Jung spodziewał się tego. Taka właśnie jest rzeczywistość, pełna cieni i warstw, wypełniona ruchem, pod wpływem którego ściany wagonów stają się przezroczyste, a powierzchnie rozciągają się poza brzegi. Eksperyment powtarzano, substancja psychoaktywna była niedobra w smaku, a każde wypowiedziane słowo momentalnie nabierało wielu równoważnych znaczeń. Za każdym razem dźwięczało inaczej pod jasnofioletową błoną coraz bardziej rozciąganą, zwaną niebem rzeczywistości uzgodnionej. Nic nie było pojedyncze. Należymy do czegoś większego niż własne życie i osobista śmierć, przeciskamy się na świat przez szczeliny, wysuwamy się z szuflad, pochłania nas powietrze, nasze głosy są falą i podźwiękiem wielu innych głosów. Jung stał na peronie w swojej zwykłej, znanej z fotografii tweedowej marynarce i cieszył się, że własnymi oczami przenikamy zasłonę niewiedzy w środowisku naturalnym.

 

Mówi Maslow:

Religions, Values and Peak-Experiences  NY: Penguin Books, 1964, 1976.
Harmondsworth, Eng: Penguin, 1964, 1976, 1978, 1986.

Hillman w swojej klasycznej już pracy “The Dream and the Underworld” ostrzega, że praca ze snem powinna “ochraniać te pokłady, z których powstają sny (…) imaginalne oraz ukryte niewidzialne siły kierujące naszym życiem”.

Hillman protestował przeciwko psychologicznej praktyce polegającej na tym, że praca ze snem koncentrowała się głównie na zrozumieniu go w kategoriach uzgodnionej rzeczywistości, w kontekście znaczenia snu dla codziennego życia. Sny badano przede wszystkim po to, aby wydobyć ich znaczenie dla świadomego umysłu czyli “ego”.

To, co ma dla nas znaczenie, bywa zazwyczaj określane przez kryteria naszego codziennego “ja”. A jednak z punktu widzenia śnienia sny wcale nie muszą mieć znaczenia. Są to obrazy rozwijających się mocy, bezkształtnych jeszcze tendencji oraz tajemnic. Skupianie się na sensie snów może podkreślać znaczenie naszej zwykłej tożsamości odwracając uwagę od tajemniczego doświadczenia niewyrażalnego śnienia, które według mnie jest czymś, czego możesz doświadczyć w każdej chwili dnia i nocy.

_________________________

Arnold Mindell –  O istocie snów. Psychologiczna i duchowa interpretacja snów.

W najwyższym skrócie to, do czego ludzie niesamowicie trudno się przekonują, jest to też prawda tego bloga opisywana w zdaniach rozrzuconych po różnych notatkach, jakby to było oczywiste, powinnam była od tego zacząć:

Istotą pracy ze snami jest ich przeżywanie, pogłębianie związku z obrazami, które się w nich pojawiają. Lapidarna formuła, której używa Hillman, podsumowując swoje ujęcie tej problematycki, zaleca „trzymać się obrazu” (stick to the image), zamiast dokonywać na nim obrzędów hermeneutycznych, mających na celu zamianę obrazu w pojęcie bądź intelektualny koncept.

Mówiąc o Freudzie i Jungu, Hillman twierdzi: „Wykonywali oni pewien ruch, którego ja nie chcę powtarzać – przemieniali obrazy w wykrystalizowane, symboliczne znaczenia. To znaczy – cokolwiek napotykali, nie zostawiali tego takim, jakie jest, lecz natychmiast przekształcali w to oznacza tamto. […]. Można to ująć jeszcze inaczej: najpierw wydobywali pewien materiał, a potem – przez translację – odsyłali go z powrotem. Z chwilą jednak, kiedy zamieniłeś swój sen na sytuację edypalną albo fantazję omnipotencji, albo zazdrość o penisa, albo kiedy przetłumaczyłeś pojawiającego się we śnie czarnego węża na matkę, Wielką Matkę – nie potrzebujesz już dłużej tego obrazu, pozwalasz mu wyrażać tylko jedno: Wielką Matkę. Wówczas obraz znika. Nie chcesz już czarnego węża. Chcesz pracować nad swoim kompleksem matki, zmieniać swoją osobowość i tak dalej. A to wciąż pozostawia duszę nieożywioną. Czyli martwą. Obrazy nie przechadzają się dokoła na własnych nogach. Zostały przekształcone w abstrakcyjne znaczenia.

____________________________

Tomasz Stawiszyński – Potyczki z Freudem

 

To chyba spór wszechczasów, czy istnieje w psychice jakieś centrum, jakiś ośrodkowy punkt tożsamości, wokół którego skupia się psychiczna aktywność  (…) ?

Idee „ja”, „self” czy też „jaźni”, które tak mocno zakorzeniły się we współczesnej psychologii i których wzmacnianie, zasilanie jest głównym zadaniem właściwie wszystkich nurtów terapeutycznych, są zdaniem Hillmana jedynie mitycznymi, metaforycznymi figurami.  Modelem osobowości najpełniej odpowiadającym naturze psyche jest według niego marzenie senne. W marzeniu sennym bowiem ego jest tylko jednym z wielu aktorów na scenie. Postacie senne, obrazy imaginacji, przychodzą i odchodzą zgodnie z własną dynamiką, niezależnie od tego, czy chcemy, czy nie chcemy przebywać w ich onirycznym towarzystwie. We śnie nasze ja ulega specyficznemu rozpuszczeniu, jego status – na jawie aspirujący do hegemonii, zorientowany na „rozwój”, „samodoskonalenie” czy też, co dzisiaj stało się bardzo modną kategorią, „samorealizację” – ulega mniejszej lub większej degradacji do jednego z wielu obrazów biorących udział w sennej ekspozycji.

To właśnie droga poza ego – nie zaś wzmacnianie egoicznej perspektywy – jest zwrotem w stronę duszy (…).

cdn

______________________________________

Tomasz Stawiszyński – Potyczki z Freudem

więcej: istotą pracy ze snami jest ich przeżywanie >>

Blogi nigdy się nie kończą, można więc wracać. Zwłaszcza pamiętając linie snu tego miejsca.

Przeglądam książkę Bruce’a Chatwina po raz nie wiem który, książka pisana jest w latach 80 dwudziestego wieku i to, co kiedyś wydawało mi się dość zrozumiałe, jest teraz mniej jednoznaczne, ale za to wspanialsze, znaczenia słów, postacie rzeczy.

Aborygeni, powołując śpiewem świat do istnienia, byli poetami w pierwotnym sensie tego słowa. „Poesis” znaczy tworzenie. Żadnemu Aborygenowi nie przyjdzie nigdy na myśl, że świat jest niedoskonały. Jego życie religijne ma jeden cel: utrzymać ziemię taką, jaka jest i jaka powinna być.

Czasem mówią: Wyśpiewujemy świat, żeby go szybciej było widać.

(…) Aborygeni nie potrafią uwierzyć, że świat istnieje, dopóki go nie zobaczą i nie wyśpiewają – dokładnie tak, jak ich przodkowie w Epoce Snu śpiewem powołali świat do istnienia.

(…) To znaczy, że świat musi najpierw istnieć w umyśle jako pewna idea?

(…) Aborygeni wierzą, iż każdy przodek totemiczny, wędrując po kraju, zostawił za sobą ślady w postaci słów lub dźwięków. (…). Wytyczone w ten sposób „ścieżki” stały się czymś w rodzaju „dróg komunikacji”.

(…) Pieśń była zarazem mapą i kompasem. Jeśli znało się pieśń, zawsze można było znaleźć właściwą drogę.

(…) Czyli pieśń jest rodzajem paszportu?

(…) To trochę bardziej skomplikowane. Teoretycznie całą Australię można czytać jak partyturę. Prawdopodobnie nie ma tu skały czy strumienia, który – zdaniem Aborygenów – nie został powołany do istnienia śpiewem.  Ścieżki śpiewu można sobie wyobrazić, na przykład, jako mapę podróży Odyseusza, na której każdemu „zdarzeniu” odpowiada jakiś element topografii.

(…) Czy przez „zdarzenie” rozumiesz święte miejsce?

(…) Zgadza się.

To się coraz bardziej komplikuje, bo mapa niekoniecznie odzwierciedla terytorium, przynajmniej nie według powszechnie znanej geometrii, są to raczej ścieżki, drogi, przystanki, inaczej punkty przekazania,  gdzie pieśń przestaje być własnością tego, który z nią dotąd szedł, zostaje przekazana komuś innemu, idzie dalej z kim innym.

W dodatku Aborygeni mówią, że rozpoznają pieśń po smaku i zapachu. Może mają na myśli melodię, może nie. Słowa pieśni mogą się zmieniać, ale ten smak, zapach, melodia – nigdy.

Wyśpiewać, znaczy wydobyć z nieistnienia, wyśnić, wyjawić. Zrobili to przodkowie w Epoce Snu, ale żeby świat istniał nadal, śnienie musi trwać zawsze. Jest szkicem tego, co stanie się jawne, ścieżka snu jest drogą do jawy, słowa pieśni, która jest zarazem drogą, mogą być różne, ale jest coś trwalszego niż słowa: smak, zapach, dźwięk, melodia, śnienie.

Sen – film nocny – jest tylko szczególnym przypadkiem śnienia. Nie musimy śnić tych filmów, aby śnić zawsze.

_______________________

Bruce Chatwin – Ścieżki śpiewu