Posts Tagged ‘sny o świecie’

ostatni z tej serii snów o świecie:

W piwnicy odbywa się wykład, przyszło dużo ludzi, wszyscy niewidoczni, bo zgaszono światło, ma być prezentacja wizualna.  Nie wiem właściwie, dlaczego się tu znalazłam, o czym to ma być, słyszę, że o jakiejś sztuce lub przemianie, może o sztuce przemiany, już się nie dowiem, nikt nic nie szepcze, silny, wąski strumień światła wydobywa z ciemności tylko jedną rzecz, anatomiczny model człowieka z otwartym wnętrzem, widać w nim to co zawsze jest w cielesnym wnętrzu człowieka, ale podświetlone wygląda inaczej, fascynuje,  labirynty jelit  są alabastrowobiałe,  ciemnoczerwone serce w całej jaskrawości, w głębi coś jaśnieje jakby zdobione lśniącą nitką itd. Wszystko w tym modelu człowieka wyraziste, dokładne, uporządkowane, szkoda tylko, że coś mnie niepokoi w tym wnętrzu wydobytym na zewnątrz i w tym, że nie mogę wyjść z tej piwnicznej izby, bo ciemość jest wszędzie poza obiektem rozświetlonym i nie wiem, gdzie są drzwi.

http://www.taraka.pl/model_czlowieka_z_wnetrzem

Reklamy

Dziewczynka w płaszczyku z aksamitu, który aż lśni kolorem ciemnych wiśni, wygląda jak Alicja w Krainie Czarów na rysunkach pierwodruku opowieści, mała dziewczynka z dorosłą twarzą. Idzie sama pustą ulicą wybrukowaną kocimi łbami, które też lśnią, może po deszczu. Miasto jest rozległe, czyste, płaskie i zupełnie puste, może zaludniona część miasta jest na rysunku, naszkicowanym na horyzoncie po lewej stronie na tle białego, połyskującego nieba. Widać tam zarys wysokich budowli, rysunek tuszem. Tak naprawdę dziewczynka wie, że nie kryje się tam prawdziwe miasto, to tylko rysunek, umowna kreska, właściwie abstrakcja, która coś jednak pokazuje, na coś wskazuje, coś tam jest. Dziewczynka mija rysunek, idzie przed siebie, ale z pewną rezygnacją, jakby chciała iść trochę mniej.

http://www.taraka.pl/alicja_w_krainie

déjà vu

Posted: Lipiec 23, 2019 in literówki
Tagi: , , ,

Troje znajomych z Londynu przyjechało tutaj i mam z nimi mieszkać. Wchodzę do mieszkania przypominającego loft, oni już tu są. Różne sprzęty stoją w niespodziewanych miejscach i są trochę dziwne, a jedna ściana w ogóle nie jest połączona z pozostałymi, to mur z bardzo starych cegieł, dawniej czerwonych, teraz każda cegła ma inny odcień i kształt, stoją murem chyba tylko dzięki temu, że podlegały tym samym wpływom czasu i pogody, widać rozmaite odłupania, wyszczerbienia, jednak całość się trzyma i wygląda jak doskonałe dzieło sztuki. Wszyscy podziwiamy ten mur, mówimy o nim, każde z nas widzi w nim coś innego, nie mogę oderwać wzroku od najniezwyklejszych odcieni barw, tej kompozycji nikt nie wymyślił, to dzieło stworzyło się samo. Od pozostałych ścian dzieli ten mur najwyżej pół metra, to prawie nasza ściana, ale niezupełnie. Nie ma też sufitu, niebo nad nami bardzo czarne, ale światła dużo, bierze się z wnętrza, jest mocne. W tym świetle wszystko bardzo wyraziste, biel tkanin jest nieskazitelna, płótna obrusów wykrochmalone, otwieram szafę i widzę białą koronkową bieliznę staromodną, już tak kiedyś było, myślę, to déjà vu, taką szafę otwierała Karen Blixen w „Pożegnaniu z Afryką”, teraz to moja szafa i mam nosić te suknie ciemnoczerwone i ciemnozielone, tak piękne i prześwietlone kolorem, jakich nigdy nie miałam. Jestem wszystkim tak zdumiona, że nie wiem, o czym rozmawiają moi znajomi, dosłuchuję się żartów z ryzykownych przepisów kulinarnych, których próbowali, przypatruję się tym ludziom i widzę, że wszyscy ubrani są w stroje tak nasycone barwami, że nie umiałabym ich nazwać. Coś takiego może wydobyć z głębokiej ciemności tylko bardzo mocne światło i jest to wydobyte. Tymczasem ciemność zewnętrzna przysuwa się do wnętrza i zastępuje ceglany mur. Nie widać cegieł, tylko twardy, brunatny mrok. Nie wiem, czy moi znajomi to zauważyli, planują dalsze życie, nie biorą mnie pod uwagę, nie zwracają się do mnie, słucham tylko i patrzę, na ścianie z mroku widzę zawieszoną na czerwonej nitce przezroczystą kulkę podobna do tych, które kiedyś zawieszałam w oknach, żeby łapały światło, ale to jest kula większa, kryształowa, wewnątrz wyrzeźbiona w romby, obraca się, powiela blask.

http://www.taraka.pl/dj_vu

Idę ulicą nieznanego miasteczka, które wygląda jak rycina. Domy i rzeczy, które mijam, mają wygląd tak obcy, że mówi się tu na pewno w obcym języku, ale ludzie są dalekimi sylwetkami w tle, nikogo nie spotykam. Coraz bardziej rozumiem, że jestem wewnątrz ryciny, może drzeworytu, bo czuję, że wszystko tu jest drewnem, drzewem, poręcze schodów są zdrewniałe, ostro zarysowane wszystkie słoje i włókna, balustrady mają ten sam kontrastowy wygląd, gałęzie i pnie bezlistnych drzew wyglądają jak znieruchomiałe wężowe kłębowiska. Stoi pod drzewem ławka, struktura drewna jest w niej taka sama, sucha, żylasta, twarda, z mocno wyrytym kontrastem światła i cienia. Czuję, że muszę dobrze „przeczytać” każdą z tych rzeczy, wydaje mi się, że drzeworyt poprzedzał druk, więc nie jest to bez sensu, coś w ten sposób może być zapisane w każdej rzeczy, przeczytane, ożyłoby tak jak w baśniach ożywają figury pokropione wodą życia. Rozumiem swoje zadanie, idę w szarym płaszczu przez to miasteczko z drzeworytu, dotykam drewna, dotknięciem odczytuję baśń.

Jest to przedtem albo potem. Tymczasowy, a może sezonowy stary dom o skrzypiących schodach, pamiętam podobny z Zakopanego. Drzwi na wprost prowadzą do mieszkania wynajmowanego przez młodą kobietę, która czasem gdzieś wyjeżdża.  Za drzwiami z lewej strony, też o grubych, białych framugach, jest podobne mieszkanie, nikt tam nie mieszka, ale pod drzwiami siedzi chiński ochroniarz ogromnego wzrostu, jak Bruce Lee, ale o wiele większy, we fioletowym, błyszczącym stroju w jakieś znaki i fragmenty liter europejskich.  Pomiędzy tymi mieszkaniami jest miejsce na dziwne urządzenie wyniesione na korytarz, albo to maszyna tlenowa, albo trochę zardzewiałe zbiorniki z innym gazem.  Kiedy wyjeżdżająca kobieta wraca, widzi, że ochroniarza pod drzwiami niezamieszkałego pokoju nie ma,  jest w środku, podnoszą się niewidoczne, oburzone głosy, jak to może być, aby ochroniarz wchodził do pilnowanego przez siebie pokoju i zaczynał tam mieszkać.  Mijam właśnie te drzwi, słyszę te oburzenia, ale moją uwagę przyciągają staromodne, ładne okna: u góry jeden szeroki prostokąt, u dołu dwa podłużne, podobają mi się te okna, szybko zbiegam po schodach.

http://www.taraka.pl/chinski_ochroniarz_karate_mistrz

Zapowiedziano wybory do instytucji rządzącej krajem położonym na twardej, ubitej ziemi,  długo musiała panować tu susza, ziemia  poprzecinana  była  szczelinami, rozpadlinami, mówiło się, że w jedną szczelinę wpadło pewnego razu całe państwo i znikło z powierzchni. Słyszało się o tym chodząc między namiotami,  nie było tu innych budowli,  tylko ciemnoniebieskie, jedwabne namioty wezyrów,  na peryferiach widać było też gromadkę namiotów harcerskich w kolorze czerwonym.  Brak było ciągle ostatecznych ustaleń wyborczych, możliwe, że z powodu usterki technicznej w mechanizmie głosowania,  po namiotach chodził technik, wszystko sprawdzał. Namioty w środku były prawdziwymi półmrocznymi labiryntami jak w opowieści Borgesa o poszukiwaniu Al-Mutasima, który w końcu siedział gdzieś za zasłoną z paciorków. Wreszcie w jednej  z tajemniczych pakamer, pod czterokolorowymi światłami, zasklepionymi na razie żelową warstwą ochronną, wypisane były zasady wyborcze według czterech rodzajów: pierwsze żółte światło w kształcie kurczaka było w porządku, powiedział mechanik przyświecając latarką. Drugie, niebieskie światło też świeciło dobrze.  Trzecie już nie, naprawiacz przyglądał mu się i zastanawiał, co należy zrobić. Było to światło psychiki, trzecia zasada wyborcza. Przystąpił do naprawy. Wyszłam z namiotu na ubitą ziemię, na placu słońce prażyło gorącem  nieziemskim.

http://www.taraka.pl/wybory_w_kraju_polozonym

Wycieczka autokarowa do Berlina zmienia się w przygodę z przeszkodami.  Panuje półmrok i trudno przyjrzeć się pasażerom, niektórzy jadą z tajną misją, rozpoznaję postacie tych, którzy mają zarządzać tym przedsięwzięciem, kilku wędrowców w łachmanach, paru ustawiaczy hellingerowskich i turystów z plecakami wybierających się w góry. Autokar przystaje w dole wąskiej, bezludnej uliczki i zaczyna się deszcz. Jedni mówią, że Berlin jest za wzgórzem, inni, że jest tam stary zamek, tak czy inaczej trzeba wyjechać z tej podrzędnej drogi na bardzo wysoko położoną autostradę, która wygląda jak most do nieba.  Nic tędy nie jedzie. Parę osób wyskakuje z autokaru,  podnosimy głowy. Deszcz zmienia się w potop.  Chcemy przebiec na skróty do starego zamku, odzywają się na to megafony mówiące, gdzie mamy się kierować, ale głos megafonowy dosłownie rozpływa się w deszczu i nie można go zrozumieć. Deszcz jest wielki,  spada na wszystko jak kurtyna.  Ludzie z wycieczki uważają, że to kataklizm, nam, którzy wyszliśmy z autobusu, coś się w tym podoba, przemakamy na wskroś, patrzymy przez deszcz na niebo w kolorze przedświtu, ani jasne, ani ciemne, stamtąd spływa ten potop.

http://www.taraka.pl/potop_pod_berlinem_l5x

Mały, biały budyneczek ze sztucznego tworzywa stoi na płaskim pustkowiu,  pod  żużlową górą, domyślam się, że to raczej hałda niż góra, czarna jak spalony węgiel, wygląda jakby ktoś ją usypał. Pustkowie też jest czarne jak węgiel zmieniony w żużel, patrzę na ziemię spod drzwi białego domku,  żużlowa czerń rozciąga się po horyzont.  Nic tu nie rośnie, nic nie ma. Myślę, że może to stary poligon do prób z bronią atomową. W małym, białym domku mieszka i pracuje młoda lekarka, do której idą ludzie z dalekich stron. Wchodzę do środka. Akurat wychodzą jakieś osoby okutane w chusty czy koce,  na świecie, którego niebo jest szare jakby ciągle był zmierzch, jest zimno. W domku prawie nic nie ma oprócz białej maszyny podobnej do lodówki, błyskającej światłami umieszczonymi u góry drzwiczek. Przypominam sobie takie światła, a może błyszczące drogie kamienie z historii niedawno śnionej o ptaku Simurgu, który miał koronę tak błyszczącą. Nie wiem, co jest w środku tej lodówki. Lekarka chodzi w białym fartuchu. Dwa pokoiki są białe, framugi drzwi białe, wszystko białe. Biegają tu, bawią się, dwie małe dziewczynki w białych letnich sukieneczkach , białe kokardy we włosach. Jestem ich ciekawa, ale mnie nie widzą, nikt mnie tu nie widzi i nie mogę rozmawiać.  Możliwe, że to stary poligon. Wychodzę na zewnątrz.

http://www.taraka.pl/w_bialym_domku

Wielkie góry otaczają dolinę, góry bardzo wysokie i ciężkie, ale bez strasznych stromizn i nagich skał, porośnięte w niektórych miejscach mchem, niską trawą, zielskiem, góry o wyglądzie trochę pirenejskim, patrzę z jednej strony doliny na drugą. Nie wiem, kto stoi obok mnie. Domyślam się, że może nie ma już innych ludzi na świecie, jednak patrzę w tę pustkę, wypatruję. Widzę życie roślinne, piękne, żadnych zwierząt, żadnego ruchu, nawet wiatru, wszystko jest żywe, ale nieme. Stoję w białym kombinezonie księżycowym, także  ten ktoś obok mnie ma taki kombinezon, całkowicie szczelny, patrzymy przez szybki prostokątnych hełmów. Szukamy czegoś w tym krajobrazie, czasem nawet szukamy sami siebie, gdy schodzimy trochę niżej, między badyle i dziwne, wysokie trawy, gubimy się w nich i znajdujemy. W pewnej chwili widzę dno doliny. Bardzo nisko, bardzo daleko, płaski kawałek ziemi zupełnie czarnej, jakby pokrytej żużlem, stoi tam kałuża wody.  Nagle widzę zbliżające się do tej wody dwie postacie w białych kombinezonach: w tej samej chwili, kiedy cieszę się, że jednak są jeszcze jacyś ludzie na świecie rozumiem, że woda w kałuży jest zatruta, oni idą do tej wody, możliwe, że innej wody nie ma, wiem, że z takiej odległości nie usłyszą ostrzeżenia, nie podnoszą głów, nie zobaczą nas, biegniemy.

http://www.taraka.pl/dolina_z_zatruta_woda