Posts Tagged ‘świat’

Czasem nie można opędzić się od synchroniczności, zaczęłam ten wypisek wczoraj, po rocznicy śmierci Widuna, wróciłam dzisiaj, przed wiadomością o innej śmierci, wniosek: wobec życia śmierć jest śnieniem, przedświatem, zaświatem, „nieśmiertelnym królem” wszystkich czasów:

Najbardziej niebezpieczną pokusą, jakiej zaznali ludzie, nie jest zło. Ani pieniądze, Ani ogłupiająca rozkosz i różnorodne pieniężne ekstazy. Ani władza i wszystkie jej perwersje. Ani sublimacja i ogrom jej wyimaginowanych uczuć. Jest nią śmierć. (…)>

Ludzkość wynalazła śmierć jakieś sto tysięcy lat temu.

Śmierć jako wynalazek albo nawet popęd (określenie popęd śmierci wynalazła Sabina Spielrein w Wiedniu, podczas jednego ze środowych seminariów).

„Eksplozja śmierci” w błękitnym niebie, na oczach wszystkich, we wtorek 11 września 2001roku nad miastem New York.

Drapieżnik umiera, łup umiera, umiera łupiestwo – wszystko umiera w momentalnym rozbłysku.

„In hac flamma”.

Zryw śmierci na oczach wszystkich, w kształcie grzyba Little Boy.

W jednej chwili czasu widzenie wszystkich miejsc na ziemi.

Ostatnie słowo zapisane przez Freuda: „Kriegspanik”. (Dziwacznie tłumaczone na francuski jako „atmosfera wojny”.

__________________________

Pascal Quignard  – Błędne cienie

Reklamy

Blog ten będzie żył nadal, jeśli zaakceptuję nowy regulamin jego istnienia, czyli napiszę tu coś i będę to robić dalej. Chciałabym, aby blog żył nadal, przepisuję więc z książki, o której często myślę, fragment o jednym z najbardziej taoistycznych pojęć, czyli o niedziałaniu:

Tych, którzy myślą, że zdobędą świat
czyniąc mu coś,
widzę, jak źle kończą.
Bowiem świat jest rzeczą świętą.
Nic nie można mu uczynić.
Zrobić mu coś, to zniszczyć go.
Chwytać go, to go tracić.
Pod niebem jedne rzeczy prowadzą, inne podążają,
jedne promieniują gorącem, inne zimnem,
jedne są mocne, drugie słabe,
jedne są spełnione, inne nieudane.
Mądra dusza trzyma się z dala
od skrajności, od nadmiaru, wybryków.

____________________________

Tekst pochodzi z książki Lao-Tsy „Tao Te King czyli Księga Drogi”, którą „napisała na nowo Ursula K. Le Guin”

Ursula robi niekiedy notatki na dole strony, tym razem mówi: Dla Lao-Tsy „umiar we wszystkim” nie jest po prostu praktyczną radą. Utrata poczucia świętości świata to straszliwa strata. Narazić na szwank nasz świat nadmiarem chciwości i pomysłowości, to narażać na niebezpieczeństwo naszą własną świętość.

więcej: Tao Te King na nowo >>

historia

Posted: Listopad 3, 2017 in literatura francuska
Tagi: , ,

W ten sposób życie osoby, które poprzedziło nieco nasze życie, utrzymuje w swoim osobnym obrębie napięcie Historii, udział w niej.Historia jest histeryczna: ustanawia się tylko wtedy, gdy ją obserwować – a po to, żeby się jej przyglądać, trzeba z niej być wykluczonym. Jako żywa istota jestem samą przeciwnością Historii, tym, co jej zaprzecza, niszczy ją na korzyść mojej historii własnej (nie potrafię wierzyć w istnienie „świadków”; a na pewno nie mógłbym być jednym z nich;powiedziałbym nawet, że Michelet właściwie nic nie potrafił napisać o swoim czasie). Czas, w którym moja matka żyła przede mną, to właśnie jest dla mnie Historia (to zresztą ta epoka, która najbardziej mnie interesuje). Żadna anamneza nie będzie mogła nigdy sprawić, abym ujrzał tamten czas wychodząc od siebie samego….

___________________________________

Roland Barthes – Światło obrazu

dowiaduję się, że od dawna istnieje równoległy świat śnienia, tutaj: http://arturcieslar.blog.pl/,  to prawda, że wszechświat stale się rozszerza, a razem z nim jego śnienie.

jestem pewna, że istnieje więcej śnienia świata w wieloświecie, ale nie całe śnienie opisywane jest w blogach!!!

Stephen Hawking zaobserwował świetliste punkty na krańcach naszego uniwersum i uznał je za  dowód na istnienie innych wszechświatów, należy obserwować świetliste punkty :)

Pierwszy dzień listopada białoszary. Cicho, jakby wszyscy poszli już do nieba. Cmentarze to nie miejsca dla żywych. Ani bulwary niebezpieczeństw, wczoraj w Nowym Jorku, nad rzeką Hudson, jakiś napastnik przejechał na śmierć osiem osób. W opisie filmu „Opiekun”Michela Franco znalazłam, że dobrzy opiekunowie nie okazują pacjentom współczucia ani w ogóle emocji i tym zyskują ich zaufanie. Ale emocje to nie tylko ten huragan nagłych reakcji wyrwany spod kontroli ani sztuczny uśmiech, emocje prawdziwe trzeba by odratować, są jak dźwięki planet, które jako wibracje elektromagnetyczne istnieją naprawdę i mogą być przetłumaczone na melodie słyszalne dla ludzkich uszu:

 

 

znalezisko ponownie odkryte, już raz ogłaszane w tym blogu, wzmianka sprzed dwóch lat o powstawaniu księgi o śnieniu świata, o definicjach i niekończących się przebudzeniach jest tutaj>>

[dalsze losy utworu nieznane].

 

Pałac Snów zbudował Ismail Kadare w swojej książce. Orwellowską myśl śledczą przeniósł  tam, gdzie dotąd sięgały tylko sny. Pałac Snów jest labiryntalną siedzibą tajnej policji nieokreślonego kraju. Wielkie biuro pełne ledwie żywych ze zdenerwowania urzędników selekcjonuje i interpretuje sny wszystkich ludzi. Chodzi o wytropienie spisku i wrogiej nagonki snów na imperium. Książka powstała w latach 1976-81. Ismail Kadare jest Albańczykiem wymienianym wśród kandydatów do Nagrody Nobla, ale w tej powieści nie ma wielkiej literatury, jej osobliwością jest sposób obchodzenia się z najbardziej intymną sferą życia ludzi, manipulowanie znaczeniami, ściganie snów za działalność wywrotową. Konwencja powagi, zimnego dreszczu i przemocy. Nastrój kafkowski. Książka może być coś warta dla badaczy snów i skutków  totalitaryzmu.

Ten Pałac nazywa się Tabir Saraj. Wielki biurowiec z departamentami. Wszystko, jak u Orwella, może ziścić się naprawdę. Mówi się, że prorocze sny zrzucane są z niebios w dół, na glob ziemski i nie wiadomo na kogo padnie taki sen, do czyjego przeniknie umysłu. Ten sen, wytropiony przez Tabir Saraj, może być niezwykle ważny z punktu widzenia utrzymania się rządu przy władzy. W każdy piątek spośród tysięcy napływających snów  – bo istnieje obywatelski obowiązek przekazywania państwu swoich snów – wybierany jest przez urzędników jeden sen główny, Arcysen. Jest to sen zawierający tak ważne informacje, że rząd ceni je bardziej niż całą swoją armię i wszystkich dyplomatów. Arcysen posiada straszliwą siłę, która nie opiera się na faktach, a nie ma na świecie większej siły niż ta, która nie opiera się na faktach .

W Pałacu niektórzy twierdzą, że nadejdzie czas, gdy sny przestaną być osobistymi wizjami i staną się faktami. Na razie pozostają w uśpieniu, w ciemnościach ludzkich głów i trzeba je stamtąd po trochu wydobywać, nie znaczy to jednak, że zawsze tak będzie. Pewnego dnia sny wyjdą swobodnie na powierzchnię i zajmą swoje miejsce w jawie. Trudno sobie wyobrazić, co się wtedy stanie.

__________________________

Ismail Kadare – Pałac Snów

[wydanie polskie 2006r]

Blogi nigdy się nie kończą, można więc wracać. Zwłaszcza pamiętając linie snu tego miejsca.

Przeglądam książkę Bruce’a Chatwina po raz nie wiem który, książka pisana jest w latach 80 dwudziestego wieku i to, co kiedyś wydawało mi się dość zrozumiałe, jest teraz mniej jednoznaczne, ale za to wspanialsze, znaczenia słów, postacie rzeczy.

Aborygeni, powołując śpiewem świat do istnienia, byli poetami w pierwotnym sensie tego słowa. „Poesis” znaczy tworzenie. Żadnemu Aborygenowi nie przyjdzie nigdy na myśl, że świat jest niedoskonały. Jego życie religijne ma jeden cel: utrzymać ziemię taką, jaka jest i jaka powinna być.

Czasem mówią: Wyśpiewujemy świat, żeby go szybciej było widać.

(…) Aborygeni nie potrafią uwierzyć, że świat istnieje, dopóki go nie zobaczą i nie wyśpiewają – dokładnie tak, jak ich przodkowie w Epoce Snu śpiewem powołali świat do istnienia.

(…) To znaczy, że świat musi najpierw istnieć w umyśle jako pewna idea?

(…) Aborygeni wierzą, iż każdy przodek totemiczny, wędrując po kraju, zostawił za sobą ślady w postaci słów lub dźwięków. (…). Wytyczone w ten sposób „ścieżki” stały się czymś w rodzaju „dróg komunikacji”.

(…) Pieśń była zarazem mapą i kompasem. Jeśli znało się pieśń, zawsze można było znaleźć właściwą drogę.

(…) Czyli pieśń jest rodzajem paszportu?

(…) To trochę bardziej skomplikowane. Teoretycznie całą Australię można czytać jak partyturę. Prawdopodobnie nie ma tu skały czy strumienia, który – zdaniem Aborygenów – nie został powołany do istnienia śpiewem.  Ścieżki śpiewu można sobie wyobrazić, na przykład, jako mapę podróży Odyseusza, na której każdemu „zdarzeniu” odpowiada jakiś element topografii.

(…) Czy przez „zdarzenie” rozumiesz święte miejsce?

(…) Zgadza się.

To się coraz bardziej komplikuje, bo mapa niekoniecznie odzwierciedla terytorium, przynajmniej nie według powszechnie znanej geometrii, są to raczej ścieżki, drogi, przystanki, inaczej punkty przekazania,  gdzie pieśń przestaje być własnością tego, który z nią dotąd szedł, zostaje przekazana komuś innemu, idzie dalej z kim innym.

W dodatku Aborygeni mówią, że rozpoznają pieśń po smaku i zapachu. Może mają na myśli melodię, może nie. Słowa pieśni mogą się zmieniać, ale ten smak, zapach, melodia – nigdy.

Wyśpiewać, znaczy wydobyć z nieistnienia, wyśnić, wyjawić. Zrobili to przodkowie w Epoce Snu, ale żeby świat istniał nadal, śnienie musi trwać zawsze. Jest szkicem tego, co stanie się jawne, ścieżka snu jest drogą do jawy, słowa pieśni, która jest zarazem drogą, mogą być różne, ale jest coś trwalszego niż słowa: smak, zapach, dźwięk, melodia, śnienie.

Sen – film nocny – jest tylko szczególnym przypadkiem śnienia. Nie musimy śnić tych filmów, aby śnić zawsze.

_______________________

Bruce Chatwin – Ścieżki śpiewu

znowu śni mi się tytuł bardzo dawno czytanej książki, tym razem nawet z nazwiskiem autorki, jakby coś mogło mi się pomylić, czytam te przyśnione książki na nowo, to jakiś szyfr, mam zrozumieć.

streszczam:

Dziki Radley jest główną postacią tej książki, chociaż nikomu nie radzę przepisywać tego zdania do pracy domowej. Dziki Radley schowany jest w domu Radleyów, którzy trzymają się w miasteczku na uboczu. Nie chodzą do kościoła, modlą się w domu. Utrzymują się z kupowania bawełny, jest w tym coś dwuznacznego, czego się dzisiaj nie rozumie. Ludzie mówią, że w domu tym mieszka złe widmo, wiedzą, że to żywy człowiek, ale jeśli komuś w czasie przymrozków zwarzyły się azalie, to tylko dlatego, że on na nie oddychał. 

Młodszy syn państwa Radleyów nie był z początku Dzikim Radleyem, ale jako chłopiec zaprzyjaźnił się z gangiem Cunninghamów czyli wpadł w nieodpowiednie towarzystwo. Pewnego razu jeździli pożyczonym  samochodem tyłem po rynku, a próbującemu ich aresztować woźnemu stawili opór, dostali się pod sąd, zostali oskarżeni i wysłani do stanowej szkoły technicznej, która tak w ogóle nie była złą szkołą, ale ojciec Radleya uważał, że jego synowi przyniesie ujmę. Zatem dał słowo sędziemu i zamknął syna w domu. Dziki Radley siedział w bawialni i wycinał artykuly z „Trybuny Maycomb” i wklejał je do albumu. Trwało to do chwili, gdy w wieku 34 lat wbił w nogę nożyczki przechodzącemu obok ojcu. Uznano, że jest pomylony i aresztowano go. Siedział skazany za to nożyczkowe przestępstwo w suterenie sądu. Wyszedł i nie wiadomo, jaką formę zastraszania stosował pan Radley, aby Dziki nie pokazywał się nikomu, ale wiedziano w tamtych czasach, że różne są sposoby zamieniania ludzi w duchy. Odtąd mówiono, że dom Radleyów to grób i dotychczasowa część mego opisu mogłaby znaleźć się w jednej z książek Alice Miller.

Dziki Radley, gdziekolwiek był schowany, patrzył na dzieci idące do szkoły i z powrotem. Zostawiał im gumę do żucia i wypolerowane monety z głowami indiańskimi z 1900 i 1906 roku w dziupli drzewa rosnącego na skraju posesji. Dzieci interesowały się nim. Domyślały się, że to on. Pisały do niego list dziękczynny, ale pan Radley zacementował dziuplę i nie miały go gdzie położyć. Robiły różne próby zobaczenia Dzikiego Radleya, wszystkie na nic. Może umarł i wepchnięto go w komin? Nie, całe miasteczko wiedziało, że Dziki Radley tam w środku ciągle jest; w tym czasie rozgrywały się główne akcje tej książki, sądy, rasizm, szlachetność, nienawiść i gniew. Dziki Radley, zawsze zamknięty w domu, pojawiał się na niewielu stronach. W końcu uratował dzieciom życie. Musiał w tym celu wyjść i kogoś zabić. W ciemności, nikt nie widział. W wielkiej scenie prywatnej, a nawet potajemnej rozmowy sędziego z adwokatem okazało się, że kto ma w tym przypadku serce, musi złamać prawo. Obaj prawnicy złamali je. Dzieci powiedziały krótko: tak, rozumiemy to. Skazać Dzikiego Radleya byłoby tak, jak zabić drozda, a zabicie drozda to grzech, o czym podobno wszyscy wiedzą.

W 1962 roku nakręcono film na podstawie tej książki, film zdobył dwa Oskary i wyciskał łzy.

______________________________

Harper Lee – Zabić drozda